Czy chrystianofobia w państwie na wskroś katolickim – Polsce – istnieje? Część środowisk politycznych uważa, że jest to śmieszne i w ogóle Kościół nie powinien takich tematów podejmować, bo staje się śmieszny. No bo jak to możliwe, że w państwie, w którym władza bezpośrednio odwołuje się do wartości chrześcijańskich i idzie pod rękę z episkopatem, może dochodzić do ataków na Kościół. A nawet jeśli, to Kościół sam jest sobie winien. Znamy ten przekaz, który usprawiedliwia nawet najbardziej haniebne zachowania.

Praktycznie codziennie możemy ostatnio znaleźć w mediach informacje o profanacjach kościołów, cmentarzy, o znieważaniu duchownych, jak chociażby przed kilkoma dniami w Krakowie, kiedy to młoda, dwudziestoletnia kobieta rozebrała się podczas Mszy Świętej i pluła na księdza. Pamiętamy też jak chociażby posłanka Joanna Scheuring-Wielgus zakłócała i namawiała do zakłócania liturgii podczas listopadowych protestów po wyroku Trybunału Konstytucyjnego.

Takie zachowania nie biorą się znikąd. W ostatnich miesiącach widać ogromny wzrost liczby artykułów uderzających w Kościół z każdej strony, nawet od wewnątrz. Wpisują się one oczywiście bardzo często w słuszny nurt wezwania do oczyszczenia z grzechów ludzi Kościoła i oczyszczenia samej struktury z tych, którzy mają na sumieniu najcięższe grzechy. Ale jednocześnie bardzo wyraźnie widać, że niektóre środowiska chcą przy okazji tej słusznej walki zrobić coś więcej, a więc doprowadzić, jak w Irlandii, Hiszpanii czy we Francji, do wypchnięcia głosu Kościoła poza główny nurt przekazu medialnego, z góry zakładając, że jest to głos niegodny udziału w dyskusji publicznej.

Ta hiperbolizacja błędów Kościoła i przenoszenie ich na pole każdej dyskusji publicznej ma docelowo pozbawić ludzi Kościoła prawa głosu w tej debacie – i to nie tylko duchownych, ale również świeckich. Niektóre siły polityczne zwietrzyły okazję, że przecież jeśli nie teraz, to kiedy? I absolutnie nie chodzi mi tu o przemilczanie błędów Kościoła, ale o używanie ich jak pałki w każdym temacie społecznego konfliktu, który w Polsce przybiera na sile i jest wzmacniany emocjami związanymi z pandemią.

Chrystianofobia, a może lepiej eklezjofobia istnieje i przybiera na sile. Zresztą nie jest to żaden wymysł. Raport OBWE z 2020 roku mówi wyraźnie, że zauważalny jest wzrost nietolerancji biernej i czynnej, czyli aktów nienawiści względem chrześcijan w Europie. Sami chrześcijanie są zaś najbardziej prześladowaną grupą religijną na świecie. I to jest fakt, a nie opinia. 

Oczywiście w świeckiej Europie, która ze swoim chrześcijaństwem rozprawiła się już kilkadziesiąt lat temu, jest to wniosek nie do przyjęcia, wniosek, który zbywa się ironicznym uśmiechem albo głośnym szyderstwem. Ale takie są fakty. Widać to w mediach, a dobitnym świadectwem tego jest fakt śmierci księdza Adama Myszowskiego z Paradyża, który nie odzyskał przytomności po brutalnym pobiciu kostką brukową pod kościołem. Więcej szczęścia miał proboszcz kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Śnieżnej z Rzeszowa – tam agresorzy ograniczyli się do kilku ciosów w głowę. Niestety nie oszczędzili kościoła, całkowicie demolując jego wnętrze. To tylko dwa przykłady z ostatnich tygodni. Przypadków dewastacji murów kościelnych jest już kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset. A problem będzie narastał.

Jesteśmy w samym środku wojny ideologicznej, w której po jednej stronie jest świat wartości chrześcijańskich, które są deprecjonowane przez świat wartości postchrześcijańskich, wynikających z ich zaprzeczenia w oparciu o nowe ideologie rodem z tak zwanej szkoły frankfurckiej, seksualnej rewolucji i tryumfu postmodernistycznej, ściśle subiektywnej wizji tego, co dobre i złe. Walka obiektywnej prawdy z subiektywnym jej rozumieniem nie może zakończyć się kompromisem. I to jest niestety najsmutniejsze w tym wszystkim. Jako ludzkość zapędziliśmy się tak bardzo w kopaniu dołów podziału, że ciężko jest je zakopać i o nich zapomnieć. Przesilenie musi przyjść. Ale w którą stronę?

Chrystianofobia jest faktem, ale jest zjawiskiem szerszym niż podziały konfesyjne. Uderza w chrześcijan wszystkich wyznań, a wyznacznikiem jest stosunek do wartości życia, do godności człowieka. Bardzo jaskrawo widać to było ostatnio, kiedy ci sami ludzie mówili, że tęcza nie obraża, ale potem udowadniali, że napis „kochajcie się, mamo i tato” oraz wizerunek dziecka w łonie matki są już niedopuszczalne w przestrzeni publicznej i obrażają. Gdzie tu rozum, gdzie tu logika? Chyba tego najbardziej nam brakuje. Takiego racjonalnego spojrzenia na ten spór. Wyjścia z własnych baniek informacyjnych, w których zadomowiliśmy się, mamy klakierów i popleczników. Mamy tam wygodę formułowania opinii i sądów, których nikt nie będzie krytykował. Mamy też wolność ataku na tych z sąsiedniej bańki. Zostaniemy za to pochwaleni.

Ale niedopuszczalne jest opuszczenie swojej bańki – to zdrada. Gorzej, jeśli nie chcemy być w żadnej. Jan Paweł II mówił o dwóch skrzydłach – wierze i rozumie. Na tym chrześcijanin powinien wzlatywać poza te bańki, ale czy wzlatuje?

Chrześcijanie zawsze byli przez świat odrzucani. To jakaś taka nasza przypadłość. Nieważne, czy to czasy starożytne, czy rewolucji francuskiej, czy bolszewickiej, czy też obecnej rewolucji indyferentyzmu i relatywizmu. Zawsze na marginesie świata, jak wyrzut sumienie. I nie chodzi tu o to, żeby się tym pysznić, bo to masochizm, ale żeby mieć świadomość, że czasy zawsze są jakieś, najczęściej gorsze niż „stare dobre czasy”, wyidealizowane i mitologizowane. 

Nie utyskujmy więc i nie narzekajmy. Przyjmijmy fakty i bądźmy chrześcijanami. Używajmy rozumu i wierzmy, nie ulegajmy histeriom tego świata, choć po ludzku to przykre i raniące. Budujmy katedrę z naszego życia, a ona przetrwa nawet największe prześladowania.