Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć od niego chrzest. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?» Jezus mu odpowiedział: «Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe». Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły się nad Nim niebiosa i ujrzał ducha Bożego zstępującego jak gołębica i przychodzącego nad Niego. A oto głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie».

 

Nie sposób nie zauważyć, że w ostatnim czasie bardzo wiele mówi się o czasach ostatecznych. Niemal wszystkie publikacje katolickie nawiązują do tematu końca świata. Owszem, to, co dzieje się w ostatnim czasie, niejako skłania nas do myśli, że być może to wszystko zmierza ku końcowi. Przecież tak wiele jest zamętu, ciemności i grzechu, że aż trudno rozeznać, jaką drogę ja jako człowiek wierzący muszę iść.

I dzisiejsza liturgia w sposób szczególny odpowiada na nasze wątpliwości: wielkie światło zstąpiło na ziemię. Światłem jest Chrystus, zatem nie możemy zapomnieć o tym, że Chrystus nieustannie czeka na nas w swoim słowie i w Eucharystii, abyśmy nie koncentrowali się jedynie na tym, co złego dzieje się w naszym życiu, ale wciąż rozwijali w sobie łaskę nadziei poprzez przyjęty chrzest, który sprawia z kolei, że jesteśmy dziećmi Bożymi i z pewnością więcej w nas jest dobra niż zła. Bo przecież Bóg nie pozwoli, aby zło miało ostateczne słowo w naszym życiu. Tak łatwo o tym zapominamy…

Pierwsze czytanie ukazuje nam Jezusa, który jest sługą Bożym, nie woła, nie podnosi głosu, bo jest pokorny sercem i z wielką łagodnością wzywa grzeszników do pokuty. I tak jak powie św. Paweł – staje się podobnym do ludzi, przyjmując wszystko, co ludzkie, oprócz grzechu.

Zatem po co przyjmuje chrzest? Przecież jest Synem Bożym i nie ma w sobie grzechu? Co przez to chce pokazać, czego nauczyć?

Chrzest jest początkiem nowej drogi. I poprzez przyjęcie wchodzi w historię naszego życia, nie zważając na to, jacy jesteśmy. Bo dla Niego najbardziej liczy się to, jakimi chcemy być… To jest szczególny moment, bo zostaliśmy naznaczeni Duchem Świętym, który nieustannie powołuje nas do życia, nie w zniewoleniu, lecz w wolności. I konsekwencją przyjętego chrztu jest nieustanne wsłuchiwanie się w Chrystusa. 

Prawdą jest to, że chcemy decydować o swoim życiu, początku i końcu. Decydować o tym, co jest dobre, a co złe. Zresztą każdy z nas nieustannie obraca się wokół rzeczy, miejsc, które są niejako owocem pracy rąk ludzkich. I nie mając w sobie pierwiastka duchowego, mamy pokusę, że to my jesteśmy stworzycielami, że od nas wszystko zależy, a tymczasem to Bóg jest tym, który stwarza, poprzez moje życie.

Miejmy tego świadomość, że Bóg jest stworzycielem i do Niego należymy my i czas nam powierzony. Nie stawiajmy siebie w centrum na piedestale, bo wtedy o wiele trudniej jest zadbać o pokorę serca. Stąd właśnie dzisiejsza uroczystość Chrztu Pańskiego przypomina nam o tym, że Bóg przychodzi po to, aby nas stwarzać, każdego dnia na nowo. Pragnie, abyśmy nieustannie dbali o te podstawowe rzeczy: miłość, wierność, pokorę, uczciwość, sprawiedliwość itd. To są rzeczy niezbędne do tego, aby być człowiekiem radości, a chrzest, który przyjął Chrystus i którym my zostaliśmy naznaczeni, niejako ukazuje Boga, który chce, abyśmy żyli nie tak jak wszyscy, kopiując się nawzajem, lecz żyli, dbając o wyjątkowość, ciesząc się wolnością.

Podziękujmy Bogu za tych, którzy przyczynili się do naszego chrztu, i nie zmarnujmy tej wolności, którą zostaliśmy naznaczeni, lecz dbajmy o nią w ciągu całego ziemskiego życia…