I mówił im: Uważajcie na to, czego słuchacie. Taką samą miarą, jaką wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, pozbawią go i tego, co ma.

 

 

     Jakiś czas temu, w wyniku awarii generatora prądu, połowa miasta Rzeszowa pozbawiona była elektryczności.  Na domiar złego awaria nastała, kiedy zapadł zmrok.

      Przechadzając się po ciemnej alei Rejtana, zauważyłem z jednej strony dziwny spokój i ciszę, ale z drugiej ogromną panikę. Niespełna kwadrans po awarii, na ulicy pojawiły się wozy straży pożarnej, wzmożone patrole policji… O co chodzi? Okazało się potem, że w wyniku tej awarii wiele osób zostało uwięzionych w windach, niektórzy nie mogli dostać się do swoich domów, ponieważ zamki elektroniczne nie działały… Pomyślałem sobie: jaki współczesny człowiek jest bezradny i słaby, kiedy zostanie pozbawiony elektryczności. Pół wieku temu, brak elektryczności nie byłby większym problemem. A dzisiaj? Pewnie niewielu z nas wyobraża sobie życie bez prądu! Bez pospolitego światła, które daje zwykła żarówka.

     W odczytanej ewangelii, Jezus także posługuje się obrazem światła. Światła, które pochodziło z małych lampek, a miało rozświetlać pomieszczenie i chronić przed ciemnością. Przywołując ten obraz, Chrystus pragnie przekazać słuchaczom istotną kwestię.

     W starożytności znany był zwyczaj zawieszania lampy przy grobowcu, bądź też w jego wnętrzu, które miało „służyć” zmarłemu. Aby lampa rozświetlała większy obszar, umieszczano ją ku górze lub na świeczniku. Zwyczaj ten praktykowany był też w Izraelu.

      Stary Testament nadawał metaforyczne znaczenie lampy, mówiąc że jest to sam Bóg.

      Każdy chrześcijanin, katolik ma być lampą Boga, która rozświetla to, co ciemne i mroczne. Często o tym zapominamy. Posiadając światło, robimy tak, jak mówi dzisiaj w ewangelii Jezus: „stawiamy pod korcem lub pod łóżkiem” (por. Mk 4, 21). Tym korcem lub inaczej garnkiem, który służył do gaszenia lampy, są różne preteksty. Przyznanie się do światła, którym jest Bóg, w gronie znajomych, którzy raczej nie sympatyzują z Kościołem, nie jest łatwo. Przyznać się do Boga, nawet w autobusie przejeżdżającym obok kościoła i uczynić znak krzyża – nie jest łatwo.

   Ileż to już razy słyszałem: „proszę księdza, bałem się przyznać do wiary…, bałam się przeżegnać…”. „Czy nie po to, aby je [światło] postawić na świeczniku?” – stawia pytanie retoryczne Jezus. Jeżeli posiadam światło wiary, mam je stawiać na świeczniku, aby było widoczne, aby wszyscy je ujrzeli.

     Kto wierzy nauce Jezusa, będzie otrzymywał coraz więcej tego światła. Jeśli zaś nie zadba i nie zatroszczy się o nie, zostanie mu ono odebrane: „Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, pozbawią go i tego, co ma” (zob. Mk 4, 25).

     Może czasem zazdrosnym okiem patrzymy na tych, którzy posiadają i dają światło wiary, a nie mogąc im dorównać, próbujemy ich ośmieszyć czy wykpić (podobnie jak w bajce Ezopa pt. „O lisie i kwaśnych winogronach”). Taki „chrześcijański” resentyment.

     Jezus zachęca nas, mówiąc: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. Oczywistym jest, że każdy posiada uszy, ale nie każdy chce słuchać. Podobnie i ze światłem – każdy wierzący je otrzymał, lecz nie każdy chce nim świecić.

     Rzeczywistość pokazuje niejednokrotnie, że kiedy brakuje Bożego światła, zachowujemy się jak ludzie, którym odcięto prąd. Zostajemy uwięzieni w „windach naszego egoizmu” albo stoimy przed własnym „domem dobroci”, nie mogąc dostać się do jego wnętrza.

    Reasumując: bądź Bożą lampą i nie bój się, świeć wszędzie Bożym światłem! Obyś nigdy nie dawał innym ciemnego światła!

 

Inne komentarze ks. Krzysztofa