Co to była za miłość!

Poniedziałek, Święto św. Marii Magdaleny (22 lipca), rok II, Pnp 8,6-7

Połóż mnie jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu, bo jak śmierć potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol; żar jej to żar ognia, uderzenie boskiego gromu. Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki. Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, z pewnością nim pogardzą.

 

Chciałoby się powiedzieć „Co to była za miłość!” – potężna jak śmierć, bo rzuciła wyzwanie śmierci, chcąc wyrwać jej Ciało Ukochanego; na pewno bardziej zazdrosna niż otchłań, gdy przyjmując za coś zwyczajnego rozmowę z aniołami, czekała na wyjaśnienie nieobecności Ciała Jezusa w grobie…

Wiedziała, że tego ognia, który w niej płonął, nie jest w stanie ugasić nic poza obecnością tego, który wieki wcześniej przedstawił się Mojżeszowi imieniem JESTEM. Zdawała sobie doskonale sprawę, że żadne skarby tego świata nie zaspokoją jej głodu Chrystusa, i nieprzytomna z bólu chciała, by jeszcze raz Rabbuni położył dłoń na jej ramieniu lub by jej miłość opieczętowała Jego Serce rozerwane przez włócznię legionisty.

Spoglądam dziś w kierunku Marii Magdaleny co prawda z pewnym niezrozumieniem (bądź co bądź, patrzę na nią męskim okiem i sercem), ale jednocześnie podziwiam potęgę łaski, która wyrwała tę kobietę z mocy demonów i nauczyła kochać tak mocno, że miłość stała się ostatecznie niebem. I właśnie tego nieba nam życzę… +