Mój syn, uczeń ósmej klasy, spędza w szkole prawie 40 godzin tygodniowo, prawie tyle samo, ile dorosły pracujący na etacie. Tyle czasu zajmują mu zajęcia, które wynikają z planu lekcji, nie ma w tym żadnych kółek zainteresowań czy zajęć wyrównawczych. Ale to nie wszystko, bo kolejny etat wyrabia w domu, bo przecież trzeba odrobić prace domowe, przygotować się do sprawdzianów, klasówek, zrobić rozmaite projekty czy prezentacje. Nad tym wszystkim wisi jeszcze widmo zbliżającego się egzaminu ósmoklasisty i ogromna presja, by wyniki były jak najlepsze. Kiedy w tym wszystkim znaleźć czas na podwórko czy choćby zabawę z rodzeństwem? Są dni, że nie ma na to szans. Nie, nie ma to nic wspólnego ze złą organizacją. Po prostu tyle jest rzeczy do zrobienia, a dobrze, żeby dziecko poszło spać o jakiejś rozsądnej godzinie, a nie siedziało nad książkami do północy. Jak więc ma ono czerpać radość z nauki, kiedy jest permanentnie zmęczone? Jak ma się zarażać pasją do przedmiotu, skoro tak samo zmęczeni nauczyciele już nie mają na nic siły (chwała tym, którym się chce, są kreatywni i jeszcze mają zapał), co najwyżej na podyktowanie tej samej od lat notatki? Dodajmy do tego jeszcze przemoc, jakiej doświadcza dziecko, szczególnie to słabsze, słysząc nieraz od nauczycieli czy kolegów niewybredne epitety na swój temat. Dodajmy przeładowany program i ogromny stres, z którym coraz częściej dzieci sobie po prostu nie radzą. Stąd ucieczka w używki, cięcie, a w skrajnych przypadkach w próby samobójcze. Kiedy sobie to wszystko uświadamiam, to zaczynam rozumieć decyzję tych rodziców i uczniów, którzy uciekli z tego systemu.

Według danych z Systemu Informacji Oświatowej (stan na styczeń 2022 roku) liczba dzieci, które uczą się w domu, przekroczyła 22 tysiące. Jest to około 0,5 proc. populacji dzieci w wieku szkolnym. Najliczniejszą grupą w edukacji domowej są uczniowie szkół podstawowych. W nowej, pocovidowej rzeczywistości na nauczanie domowe najczęściej decydują się rodzice dzieci uczęszczających do klas 1–3 oraz do klasy piątej. Ale rośnie też liczba uczniów z ostatnich klas podstawówki, którym trudno było po wielu tygodniach nauki zdalnej przestawić się z powrotem na naukę w trybie stacjonarnym. 

Zdaję sobie sprawę, że edukacja domowa, szczególnie w wyższych klasach szkoły podstawowej czy w szkole średniej, to nie lada wyzwanie. Obserwuję wiele rodzin, które zdecydowały się na takie rozwiązanie, rozmawiam z nimi i dostrzegam pewne trudności. Zresztą oni też ich nie ukrywają. Kiedy jednak analizują plusy i minusy tego sposobu nauczania, to zdecydowanie do klasycznej szkoły wracać nie chcą. Co im daje edukacja domowa? Przede wszystkim elastyczne godziny nauki, dostosowane do potrzeb dziecka, czy możliwość urlopu w dowolnym terminie (wakacje poza sezonem!). Dziecko może podążać swobodnie za tym, co go szczególnie ciekawi, a brak narzuconego tempa pozbawia je poczucia, że za czymś nie nadąża, więc nie czuje się gorsze od innych. Niewątpliwą zaletą jest także oszczędność czasu, bo dziecko nie traci go na dojazdy do szkoły, i znacznie krótszy czas siedzenia przy biurku. A najważniejsze – to wzmocnienie więzi między rodzicem a dzieckiem. 

Jeszcze jakiś czas temu edukację domową traktowałam jako dziwactwo, a może nawet pewien przejaw snobizmu. Dziś coraz bardziej się przekonuję, że to po prostu ratowanie dzieci przed często niestety chorym i ułomnym systemem edukacji, który fundowany jest naszym dzieciom.