Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając /przy tym/ swe grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym.

 

Mamy już za sobą pierwszy tydzień Adwentu. Najwyższy czas, aby zrobić sobie pierwszy rachunek sumienia z jakości jego przeżywania. Obawiam się jednak, że dla wielu z nas święta Bożego Narodzenia są jeszcze zbyt odległe, aby tak na serio zająć się sprawami duchowymi. Jeszcze zdążę pójść na Roraty, jeszcze zdążę się wyspowiadać, jeszcze zdążę zrobić jakiś dobry uczynek, jeszcze zdążę…, a może właśnie nie zdążę? 

Dlaczego dobre czyny odkładam na jutro, na pojutrze? Co mi przeszkadza, aby już od teraz być dobrym? A prorok Jan woła na pustyni naszych serc: przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Nie jutro, nie pojutrze, ale dzisiaj. Pustynia jest symbolem pustki, martwoty, monotonii. Na pustyni trudno się żyje, łatwo się można zagubić i nawet stracić życie. Pan Jezus często jednak udawał się na pustynię w poszukiwaniu ciszy i samotności. Na pustyni w sposób najbardziej intymny rozmawiał ze Swoim Ojcem. Potem wracał pełen Ducha Św. do gwaru codzienności, aby kontynuować dzieło zbawienia. My natomiast boimy się pustyni. Uciekamy od samych siebie, od ciszy. Boimy się samotności. 

Osoby, które pragną rozwijać życie duchowe, muszą być zakorzenione w pustyni. Adwent to czas odchodzenia na pustynię. Tylko czas pustyni może przygotować nas na spotkanie ze Słowem Wcielonym.