Wszystkich świętych.

Jasne, możemy dziś chwilę podrapać się w głowę i podumać o swojej świętości. Bez wątpienia będą to jednak dumania abstrakcyjne. A dziś jest bardzo konkretny dzień. Stoimy nad granitami z różnych stron świata, najpopularniejsze  z Chin. Zapalamy świece, które mogą się palić 48 godzin, a bywa, że i 72.  Kupujemy kwiaty cięte lub w donicach. Zdrapujemy wosk z wełnianych rękawiczek. Bardziej konkretnie się nie da.

To znaczy można, ale trzeba mieć tak w przedziale od roku do 4. Wtedy człowiek przysiada sobie na dowolnym grobie, przeskakuje prawie radośnie między kolejnymi rzędami tych, co odeszli, przesuwa kwiaty na ich grobach, rozrzuca kamienie z pobliskich alejek, biegnie do śmietnika z kolejnym pękniętym zniczem, wrzeszcząc w przelocie, czy jest coś jeszcze do wyrzucenia. Niestety nie ma.

Zatem Wszystkich Świętych. Jak już odgoniliśmy abstrakcyjną myśl o swojej świętości, rozglądamy się wokół.

Pani R. Samotna. Dosłownie. Typ społeczny. Dzyń. Dzwonek z rana. Poranna kawa. Dzyń. Dzwonek po południu. Wiadomości. Dzyń. Znaleziono ją przy łóżku. Siedziała na dywanie. Obok leżała słuchawka od telefonu. Nie, nie od żadnego smartfona. Od telefonu normalnego z tarczą taką, co to trzeba długo kręcić, by usłyszeć „halo”. Święta numer 1.

Państwo Pe. Święci z kolejnej alejki. Najpierw odszedł on. Nikt już nie pamięta jego twarzy, a potem nastały długie, podobne lata – wąziutkie pokoiki, nieduża kuchnia, pełno zdjęć, kryształów, książek i czegoś sympatycznego, co mieszkało z Panią Pe (i nie był to kot).

Teraz święci z rzędu obok. Będzie trudno, bo mieszkali razem, ale bez ślubu i „mieszkali” nie oznacza, że skończyło się to, gdy mieli lat 20 parę, tylko trwał ten stan całe ich życie, dosłownie do śmierci. On odszedł pierwszy, ona chwilę potem. Zupełnie nie można sobie przypomnieć, co i jak.

To może parę metrów dalej? Ale i tu nie jest łatwo. Fizyk. Wybitny. Alkoholik. Już mniej wybitny. Rozwodnik. Ojciec. Oczywiście też czyjś syn i wujek. Raz prawie zgarnął szóstkę w toto-lotka. Jego śmierć miała coś wspólnego z niedogaszonym papierosem. Święty numer 5. 

Hm. Wszystkich Świętych. No nic, małe stonki w końcu krzyczą w piosenkach „Gdzie można dzisiaj świętych zobaczyć? Są między nami...”. Co z tą świętością? Co ze śmiercią? Niby wiemy. Niby każdemu ktoś umarł. Musiał. Skąd zatem to zaskoczenie? Może chodzić o centymetry? Tak, o skalę bliskości. Bo prababcia, bo stryjeczna ciocia wujka, bo dziadek kuzyna mojego taty. To są bardzo dalekie podróże w sercu. One nie poruszają.

Może.

Może rzecz w kolejności. Dosłownie: kto pierwszy, kto kogo pożegna? Znowu ćwiczenie z rozglądania się wokół. Tym razem po żywych. Pożegnam brata, czy brat mnie? Przyjdę na pogrzeb ciotki, czy ona na mój? I ciężej: chłopcy będą zastanawiali się, w czym mnie pochować, czy ja...? Fakt. Widać, że jest coś na rzeczy z tą kolejnością. Czasem staje w gardle.

Wracając do pytania. Czego możemy się dowiedzieć, gdy ktoś nam umrze?

Była już mowa o tym, że nic się nie rozpada, nie drży nawet kropla rosy na trawie następnego dnia. Nic. Nie było jeszcze mowy o rutynie i o biologii. To wszystko działa normalnie. Zaczyna się od tego, że po nocy zwyczajnie wstajemy, budzimy się. Nie ma znaczenia, czego chcemy, skoro od 30, 40, czy iluś tam lat budziliśmy się każdego dnia, to po śmierci człowieka też się obudzimy. Bez względu na centymetry i kolejność.

Po drugie, kiedy ktoś obok nas umrze, dowiemy się, czym jest żałoba. Nie z książek. Z ludzkiego gadania, że „już starczy”, że „trzeba iść dalej”, że „żywi czekają”. Dowiemy się też, że śmierć człowieka nie daje nam żadnej taryfy ulgowej - nieszczęścia, które miały spaść, spadną też teraz. Nie zawahają się.

Czy dowiemy się czegoś dobrego?

Będzie nas bawiło słowo „trzeba”.  Przyjrzymy mu się z prawej strony, z lewej i takie ono wyda się teraz zabawne, radosne. To samo dotyczy słów „muszę”, „warto”, a już najlepiej będzie ze słowem „wypada”.

Pokochamy obcych ludzi. Będziemy ich mijać na ulicy, zerkać na nich z wytęsknieniem przez szybę w samochodzie, bo przecież zawsze można się pomylić. Za życia zmarłego człowieka już się tak działo - czasem myślało się, że to on idzie, a to nie on, że to jego plecy w spożywczym, a nie jego, że machaliśmy z daleka, by potem lekko zmieszanym głosem powiedzieć: „przepraszam”. I to jest fajne, że po śmierci człowieka dalej można się śmiało mylić, a nawet jeszcze śmielej.

Będzie można trochę schudnąć. Pewnie niektórym na chwilę odbierze całkiem apetyt, ale jest jeszcze coś. Człowiek, który umiera, na zawsze zabiera ze sobą smaki, smak pierogów, które tylko on tak potrafił zrobić, smak rosołu, zupy grzybowej, ba – nawet smak herbaty. I przez tę śmierć smaków na chwilę odechciewa się jeść totalnie.

Można by wyliczać dalej. Zdarzy się bowiem dużo rzeczy dobrych i złych, ale na koniec jeszcze o jednej. Bez względu na to, jak żył nasz człowiek i jak umarł, zwrócimy się teraz w stronę Nieba i będziemy prosić. Możemy być niewierzący, nie ma to żadnego znaczenia, bo tęsknota, która każdego dnia będzie teraz rozsadzać nasze serce, zadziała jak instynkt. Skoro chrześcijaństwo dało nam cień szansy na spotkanie, skoro Faustyna dała nam Boże Miłosierdzie, to ciężko będzie z tego cienia nie skorzystać. Potwierdza to też fakt, że z całego kazania, które zostanie wygłoszone na pogrzebie, nie zapamiętamy zbyt wielu słów poza tymi o przebaczeniu i o czasie: „do zobaczenia”. Od teraz będziemy się ich kurczowo trzymać. I dobrze.