Skąd pani wiedziała, że to ten jeden, jedyny? Czy miała pani pewność, że akurat ten chłopak zostanie pani mężem? A może trzeba było szukać dalej? Takie pytania usłyszałam ostatnio na spotkaniu o małżeństwie. I bardzo mocno dotarło do mnie, że w momencie, kiedy się decydowałam na małżeństwo, takich pytań sobie nie zadawałam.

Uczciwie trzeba powiedzieć, że za długo to ja męża nie szukałam. Poznaliśmy się, kiedy ja miałam szesnaście lat, a mój przyszły mąż osiemnaście. To taki czas w życiu młodego człowieka, kiedy wszystko jeszcze idealizuje, kiedy w jego postrzeganiu świata jest jeszcze sporo naiwności, kiedy na wiele rzeczy patrzy przez różowe okulary i ma nadzieję, że wszelkie burze, rafy i kryzysy go ominą, bo miłość będzie ponad to, co złe.

Nie mam doświadczenia umawiania się z różnymi chłopakami, porównywania ich, zastanawiania się, który będzie odpowiedni. Kiedy się poznaliśmy, po prostu wiedziałam, że to ten i innego nie będzie. W jaki sposób? Jak to rozpoznać? Naprawdę nie wiem. Czułam, że to jest ten facet, z którym chcę założyć rodzinę, z którym chcę wychowywać dzieci, i nie miałam potrzeby szukać dalej, tak by mieć stu-, a nawet dwustuprocentową pewność. Bo obawiam się, że takiej nigdy mieć nie można.

Wspólnie przeżywaliśmy nasze studniówki, wspieraliśmy się nawzajem w czasie matur i egzaminów na studia, kibicowaliśmy sobie podczas obrony naszych prac magisterskich. Jako że studiowaliśmy na tym samym wydziale, sporo czasu spędzaliśmy ze sobą i na uczelni, i poza nią. Gdyby nie różne rodzinne komplikacje, pewnie szybciej byśmy się pobrali, ale nasze życie tak się ułożyło, że musieliśmy poczekać na ten moment jakiś czas. Po pięciu latach chodzenia w końcu nadszedł ten wrześniowy dzień, w którym ślubowaliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że będziemy razem do śmierci, że przyjmiemy i po katolicku wychowamy dzieci, którymi nas Pan Bóg obdarzy.

Czy mieliśmy pewność, że nikt lepszy się nie trafi? Pewnie wtedy nie zadawaliśmy sobie takiego pytania. Bo i po co? Skoro było nam ze sobą dobrze, skoro cały czas mieliśmy o czym ze sobą rozmawiać, skoro w radosnych, ale też i w trudnych momentach mogliśmy liczyć na swoją wzajemną pomoc, to po co się zastanawiać? Po co rozmyślać nad jakimś wyimaginowanym kandydatem na męża czy kandydatką na żonę, skoro decyzja została podjęta i pobłogosławiona? Po co się zadręczać? Lepiej tę energię przeznaczyć na budowę związku i pracą nad naszą więzią. Nie od dziś wiadomo, że trawa zawsze bardziej zielona jest u sąsiada. I żona albo mąż także. Ale czy naprawdę warto się tym zadręczać? Wszak, jak pisze bp Grzegorz Ryś w książce Skoro jest miłość. O rodzinie, szczęściu i nie tylko, „Pan Bóg ma niesamowite zaufanie do ludzi, którzy nie są idealni (…) [Bóg] daje was sobie wzajemnie, bo wam ufa. Nie dlatego, że jesteście idealni – popatrzcie do lustra i powiedzcie to sobie uczciwie”.

Patrząc po ludzku, pewności pewnie nigdy mieć nie można. Nie tylko ten drugi człowiek, ale także my sami jesteśmy w stanie czasem zrobić takie rzeczy, o które byśmy się nie podejrzewali. Ile razy wielu z nas oceniało kogoś, że zrobił coś złego, a potem robił to samo, bo nadarzyła się ku temu okazja? Dlatego warto w tyle głowy mieć słowa z Listu św. Pawła do Koryntian: „Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł”. Bo na takiej pewności, że „ja to nigdy” niejeden się przejechał.

O tym, czy dobrze wybrałam, dowiem się pewnie u kresu życia. „Doskonałość jest punktem dojścia, nie punktem wyjścia” – przekonuje bp Ryś i dodaje: „Wasze małżeństwa będą wam dane jako droga do świętości, a nie jako nagroda za to, że jesteście cudni. To jest droga, ludzie mogą się zmieniać, ludzie rosną, dojrzewają. Wasze małżeństwa będą coraz lepsze, coraz piękniejsze”. I jest klucz do tej zagadki.