Kiedyś już pisałam, że dzieci nie da się traktować równo. Każde z nich jest inne i każde potrzebuje odrębnego podejścia. Kochać kochamy ponad życie, każde z osobna bezwarunkową matczyną miłością. Gdy w rodzinie pojawia się drugie i kolejne dziecko, każde z nich wchodzi w nową rolę. Ja w domu rodzinnym byłam tym „maluchem”, który często musiał być podporządkowany starszemu rodzeństwu. Jednak obserwując swoje dzieci, widzę już jako obserwator z zewnątrz, jak klarują się relacje między nimi. Każde z nich ma swoje trudności, ale bardzo są za sobą, tęsknią, gdy długo się nie widują. Jednak pojawiają się już pierwsze konflikty i tu musimy wkroczyć my, rodzice. Co zrobić, by ich relacja nie osłabła, by mądrze je prowadzić, by żadne nie czuło się gorsze od drugiego?

Zauważyłam, że na chwilę obecną, kiedy nasza córka ma półtora roku, dużo więcej staramy się tłumaczyć naszemu synowi, co wolno, co nie wypada. A kiedy coś się wydarzy, z pokoju słychać jego wołanie: „to nie ja zrobiłem”. Czasem zastanawiam się, czy aby nie za dużo kładziemy na jego czteroletnie dopiero barki. Czy może za dużo słyszy, że czegoś nie powinien robić i to już weszło mu w nawyk? Nie ukrywam, trochę mnie to zasmuca, bo z pewnością nie jest naszą intencją zrzucanie na niego wszelkiej odpowiedzialności za siostrę.

W ogóle starszaki mają trochę pod górkę. Ile razy się słyszy, że powinny ustąpić, bo są starsze, mądrzejsze, żeby dawały dobry przykład, żeby oddały już swoje zabawki, bo są na nie za poważne, że powinny się dzielić i tak dalej. Podejrzewam, że nie jest im łatwo, że czują ogromną niesprawiedliwość, a czasami może i niechęć do swojego młodszego rodzeństwa. Najlepiej byłoby, by mogły być sobą, a nie tylko odgrywać oczekiwaną rolę starszej siostry czy brata, którzy zawsze będą tymi bardziej rozważnymi.

Z pewnością zachowanie rodziców względem starszego rodzeństwa nie jest celowe. Na pewno nie jest skierowane przeciwko nim. Niemniej jednak jest ono krzywdzące, ale najczęściej postępujemy tak odruchowo, bo tego wymaga akurat sytuacja. Wobec swojego syna staramy się dać mu trochę więcej poczucia wolności. Weźmy tu za przykład zabawki, którymi już się nie bawi. Naturalną rzeczą jest, że z czasem zabawki, z których wyrósł, przejęła jego siostra. Nie obyło się jednak bez jego „błogosławieństwa”. Segregując zabawki, syn na nowo odkrywał ich atrakcyjność i musiał sam zdecydować, czy część z nich dać siostrze, a część jeszcze wykorzystać. W warunkach domowych zazwyczaj taka taktyka dania czasu, zdecydowania samemu o oddaniu czegoś bądź nie – sprawdza się. Niestety gorzej to wygląda, kiedy idziemy do dziadków, rodziny czy znajomych. Wówczas w natłoku emocji, rozmów, dynamiki spotkania syn słyszy wiele różnych uwag: „dlaczego tak robisz siostrze?”, „dlaczego się nie podzielisz”, „dlaczego jej przeszkadzasz”, „ty już się tym bawiłeś”, „nie dotykaj, nie popychaj, nie krzycz”, „uważaj, bo zrobisz krzywdę”. Zazwyczaj przed zrobieniem czegokolwiek już jest uprzedzany, czego nie powinien robić. Czasami zareaguje złością, ale czasami widać, że jest mocno tym przytłoczony, a jeszcze niekiedy po prostu zazdrosny i chce nam zakomunikować, że źle się z tym czuje.

Proces dzielenia nie przychodzi dzieciom z łatwością. Podobno dziecko zaczyna rozumieć to zjawisko około piątego roku życia. Do tego czasu częściej słyszymy, że coś „jest moje i nie chcę tego dać”. Wydaje się, że to rozumiemy, jednak szybko zaczynamy myśleć przyszłościowo. Jeżeli dziecko nie nauczy się szybko dzielić, to będzie gorzej traktowane przez społeczeństwo, a tego rzecz jasna nie chcemy.

Czasami wyobrażam sobie, jakby nam dorosłym kazano oddać na przykład telefony komórkowe. Myślę, że w głowie szybko byśmy mieli słowa wyżej wspomniane. Byłby to zamach na naszą wolność, wybór, dostęp do informacji. Oj, znalazłoby się jeszcze wiele pogwałconych praw. Wydaje mi się, że dzieci, którym każe się dzielić, czują się oszukane, ponieważ coś dostały i nagle muszą się tym podzielić i przyjąć to, że młodsze rodzeństwo może ich rzecz nawet zniszczyć. Z pewnością dobrym rozwiązaniem w tej sytuacji NIE JEST kupowanie dwóch takich samych zabawek. Tylko je przyzwyczaimy, że tak być powinno i im się należy. 

W konfrontacji o pożądaną zabawkę zazwyczaj, bo czasem – przyznaję się – nie wyjdzie, staram się uszanować decyzję syna o niepodzieleniu się. Siostrzyczka nie zawsze ze zrozumieniem podchodzi do decyzji brata i dość jasno również wyraża swoje niezadowolenie. Młodsze rodzeństwo powinno od nas usłyszeć, że dana rzecz jest dla starszaka ważna i nie jest gotowy się nią podzielić. Wtedy zazwyczaj szukamy innej zabawki lub innej zabawy, żeby szybko odwrócić ich uwagę. Nieraz usłyszałam, od dorosłych rzecz jasna, stwierdzenie, że w takim razie z tym starszakiem bawić się nie będziemy. To bardzo przykre, że najpierw pozornie, jak się okazuje, szanujemy decyzję, a później oceniamy. W ten sposób możemy stać się stroną konfliktu, a przecież powinniśmy być raczej mediatorami, doradcami. Nie możemy grać na dziecięcych emocjach, a tym bardziej stosować szantażu emocjonalnego.

Nie zawsze jest tak, że zostajemy przy decyzji syna, czasami stosujemy swego rodzaju negocjacje, o ile jest taka możliwość i ochota dzieci. Polegają one albo na zamianie zabawek, albo na pożyczeniu zabawek, kiedy starszak przestanie się nimi bawić. Czasami takie rozwiązanie działa, a my unikamy zbędnej kłótni. Kiedy jednak i one zawiodą, młodsze dziecko czuje rozgoryczenie, jest nieszczęśliwe. Wśród dorosłych można zaobserwować dwie opcje reagowania. Jedni stają po stronie młodszego dziecka. Wówczas rodzi to większy konflikt i poczucie niesprawiedliwości wśród starszaków. Zazwyczaj wtedy tłumaczymy, że młodsze dziecko jeszcze nie rozumie, że trzeba się podzielić, że jest jeszcze za małe. Drudzy wybierają opcję zgody na odmowę. A na nich spoczywa odpowiedzialność, by nauczyć młodsze dziecko przyjmowania porażki. Wtedy zazwyczaj jest krzyk, płacz, a nam nie pozostaje nic innego, jak pomóc dziecku uporać się ze smutkiem, np. przytulając.

Negocjacje trwają z pewnością dłużej i wymagają od nas więcej wysiłku. Czasem łatwiej wydać nam polecenie, po którym dziecko posłusznie się dostosuje, ustąpi. Tylko że argumenty odnoszące się do starszeństwa, dojrzałości mocno zaburzą decyzyjność i pewność siebie dziecka. Będziemy mieć „grzeczne” dziecko, ale i nieszczęśliwe. Może się też zbuntować i wejdzie w rolę dziecka „niegrzecznego”. Negocjacje z kolei gwarantują dziecku akceptację odmowy. Uczą również dzieci, że można rozwiązywać problemy bez przemocy i dają im poczucie sprawczości, że mogą decydować, licząc się z różnymi konsekwencjami swoich decyzji.

Trzeba pamiętać, że opisane sytuacje muszą działać w obie strony. Jeżeli starsze dziecko chce zabawkę młodszego, to musi też się liczyć z odmową. Dobrze jest, jak każde ma coś swojego, ulubionego, czego drugie dziecko nie może dotykać bez pozwolenia. Łatwiej chyba jest zrozumieć pojęcie własności i dzielenia się. Istnieją pewne uniwersalne zasady, które dobrze wprowadzać, jak niewyrywanie sobie nawzajem zabawek, niszczenie nie swojej zabawki czy szanowanie zabawy rodzeństwa, jeżeli akurat bawi się indywidualnie. Najlepiej by było, gdyby nie dochodziło do aktów agresji wśród rodzeństwa. Jeżeli jednak się zdarzy, najlepiej jest przytulić i odczekać, aż emocje opadną, i poznać powody „agresora”. Wówczas dajemy mu również poczucie wysłuchania, bezpieczeństwa, a opisując zdarzenie bez zbędnej oceny, możliwość interpretacji i zrozumienie konsekwencji swojego zachowania.

Wydaje mi się, że za dużo mówimy dzieciom starszym, że coś powinny czy coś muszą zrobić. Zapominamy, że gdyby już zrozumiały czy coś zrobiły bez zbędnego proszenia, byłyby pewnie dorosłe. Dlatego najprostszą rzeczą jest postawienie się na miejscu dziecka i zobaczenie nas, rodziców, jego oczami. Zobaczymy pewnie, że jego potrzeby może są ignorowane i domaga się więcej uwagi. Czasami sama rozmowa, zainteresowanie się już jest lekarstwem na jego samotność i poczucie bycia mniej ważnym.

Dzieci nie można traktować tak samo, bo byłoby to niesprawiedliwe, ponieważ każde z nich jest inne, potrzebuje innej wrażliwości, innego podejścia. Jeśli chodzi o pryncypia, o zasady panujące w domu, powinny być wszystkie identyczne dla wszystkich domowników – i dla rodziców, i dla dzieci. Równe traktowanie powinno obowiązywać, nawet jeśli najmłodsze dziecko jeszcze nie pojmuje pewnych naszych zasad. Daje się tym samym starszemu dziecku poczucie, że jest chronione i równe młodszemu. To starsze dziecko bardziej potrzebuje takich zasad i harmonijności w traktowaniu dzieci i to ono będzie stało na straży ich przestrzegania. Młodsze dziecko z czasem również do nich dojrzeje.