Jezus oddalił się ze swymi uczniami w stronę jeziora. A przyszło za Nim wielkie mnóstwo ludzi z Galilei. Także z Judei, z Jerozolimy, z Idumei i Zajordania oraz z okolic Tyru i Sydonu szło do Niego mnóstwo wielkie na wieść o tym, jak wiele działał. Toteż polecił swym uczniom, żeby łódka była dla Niego stale w pogotowiu ze względu na tłum, aby na Niego nie napierano. Wielu bowiem uzdrowił i wskutek tego wszyscy, którzy mieli jakieś choroby, cisnęli się do Niego, aby Go dotknąć. Nawet duchy nieczyste, na Jego widok, padały przed Nim i wołały: "Ty jesteś Syn Boży". Lecz On surowo im zabraniał, żeby Go nie ujawniały.

 

Z jednej strony Morze Galilejskie, z drugiej strony morze ludzi.

Tam na wodzie łódź, a tu wśród ludzi Jezus.

Łódź i Jezus są ratunkiem dla tonących.

Przypominam sobie sceny z filmu "Titanic", kiedy ludzie po rozbiciu o górę lodową, tonąc, łapią się czegoś, co pływa po powierzchni…, czegoś, co jest dla nich ratunkiem przed zatonięciem.

Dla tonących w dzisiejszej Ewangelii Jezus jest łodzią, do której każdy chce wejść.

W Ewangelii napisane jest, że ludzie cisnęli się do Jezusa. Oryginalny tekst mówi, że wręcz „napadali” na Niego. Co za gwałtowność! Czyżby to echo Jakubowego: „Nie puszczę Cię, dopóki mi nie pobłogosławisz.”? Wielkie mnóstwo ludzi biegnie za Nim, niosą ze sobą chorych na łożach, przepychają się. Wydają się bezczelni. Niezaspokojeni. Spragnieni. To ludzie wielkich pragnień. Ciągle im mało…

A co się stało z naszymi pragnieniami?