Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać: «W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: „Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!” Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: „Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie nachodziła mnie bez końca i nie zadręczała mnie”». I Pan dodał: «Słuchajcie, co mówi ten niesprawiedliwy sędzia. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?»

 

Dlaczego wziął ją w obronę?

W tej przypowieści nic do siebie nie pasuje. Jezus opowiedział przypowieść o tym, że uczniowie „zawsze powinni się modlić i nie ustawać”. Tymczasem pytam, czy naprawdę to wytrwałość ubogiej wdowy zmieniła serce sędziego. Może to zwykły pragmatyzm i pragnienie psychicznego komfortu: „żeby nie nachodziła mnie bez końca i nie zadręczała mnie”? Na końcu tego fragmentu Jezus zadaje retoryczne pytanie: „czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. A przecież ubogą wdowę trudno uznać za „model wiary” w niesprawiedliwego sędziego...

A może tu właśnie docieramy do sedna? Bo jeśli zdarza się, że niesprawiedliwi sędziowie czynią czasem dobro jakby wbrew sobie... I jeśli czasem wdowy, nie mając po ludzku szans na obronę, w geście jakiejś rozpaczliwej nadziei wychodzą, wyżebrzą sobie obrońcę... – to o ileż łatwiej wytrwale prosić Tego, który jedyny jest sprawiedliwy, i uwierzyć w Tego, który „nie zdrzemnie się, ani nie zaśnie...” (por. Ps 121,4).

Dlaczego On bierze mnie w obronę?