No i znalazł się kozioł ofiarny. Już wiadomo, dlaczego wskaźniki demograficzne pikują, dlaczego nie rodzą się dzieci. Odpowiedź jest bardzo prosta – winne są media albo młode kobiety, które zamiast rodzić, wolą dawać sobie w szyję. Tyle że to nie są prawdziwe powody kryzysu demograficznego.

Te dwie wypowiedzi prominentnych osób – polityka i ważnego hierarchy – ostatnio rozgrzały media do czerwoności, a na różnych forach internetowych sprowokowały ciekawe dyskusje. Ktoś przecież jest winien obecnemu kryzysowi demograficznemu. Coś się przecież musiało wydarzyć, że nagle dzieci przestały się rodzić. Ważny polityk szybko znalazł winnych. To młode kobiety: „Kobiety decydują się na dzieci albo się na dzieci nie decydują. To zależy od czynników, powtarzam, materialnych, ale w wielkiej mierze od tych czynników kulturowych. I tu trzeba czasem powiedzieć też trochę otwarcie, pewnych rzeczy gorzkich. Jeżeli się np. utrzyma taki stan, że do 25. roku życia dziewczęta, młode kobiety, piją tyle samo, co ich rówieśnicy, to dzieci nie będzie” – mówił podczas wystąpienia w Ełku. Z kolei ważny hierarcha wskazał na media. Gdyby one pozytywnie mówiły o rodzinach wielodzietnych, na pewno przybyłoby dzieci. Ale to nie jest takie proste. Oczywiście, ważne są kampanie społeczne promujące dzietność, ważna jest atmosfera akceptacji dla dużych rodzin (a z tym ciągle bywa różnie), ale ważne jest też bezpieczeństwo finansowe tych, którzy zakładają rodziny. Obecny czas wojny za granicą, galopującej inflacji, brak dostępności tanich kredytów i mieszkań, niepewna praca i brak perspektyw nie sprzyjają rodzeniu dzieci.

Czasem słyszę argumenty, że to wszystko fanaberie, że przez dobrobyt ludziom się w głowach poprzewracało i wybrali wygodne życie, bez trosk i obowiązków. Przecież kiedyś nasze babcie miały po kilkoro dzieci, nikt nie narzekał (co najwyżej sąsiadom zza płotu, bo przecież media nie były tak powszechne), wszyscy spali w jednej izbie, było może biednie, ale zupy wystarczyło dla wszystkich. Nie było pralek, zmywarek, robotów kuchennych, trzeba było w piecu napalić, wodę przynieść, a za potrzebą iść do sławojki, bo w domu toalet nie było, a mimo wszystko dzieci się rodziły. Pytanie, czy to, co było jakimś standardem siedemdziesiąt czy pięćdziesiąt lat temu, jest nim także dzisiaj? Dawniej większość moich koleżanek z podwórka mieszkała z dziadkami, często w małych, dwupokojowych mieszkaniach, ale czy to znaczy, że również dziś mamy tak mieszkać? Mam wrażenie, że niektórzy zbyt idealizują dawne czasy, nie chcąc zauważyć bieżących problemów, z którymi zmagają się dziś młodzi ludzie.

Tak, chcą oni mieszkać oddzielnie, na swoim. I mają do tego pełne prawo. Trudno im jednak to pragnienie zrealizować, kiedy ceny mieszkań są kosmiczne, a kredyt dziś dostaje niewiele osób. A nawet jak bank im kredyt przyzna, to strach przed galopującymi ratami skutecznie zniechęca do tego typu inwestycji. Rynek wynajmu również za przyjazny nie jest. Wielokrotnie czytałam historie rodzin z nie tylko kilkorgiem, ale też z jednym dzieckiem i ich perypetie związane z wynajmem mieszkania. I nie są to historie z happy endem. Niestety.

Kolejny czynnik to praca. Trudno decydować się na dużą rodzinę, kiedy wiadomo, że z jednej pensji będzie się trudno utrzymać. Jest 500 plus – ktoś powie. Oczywiście, i bardzo dobrze, że jest. Tyle że dziś realnie jego wartość z powodu inflacji jest znacznie niższa. I coraz częściej trzeba niestety wybrać, czy opłacić dzieciom zajęcia dodatkowe, czy kupić buty, czy pójść na przykład z nimi do dentysty, czy dołożyć do rosnących rachunków. Są duże rodziny, w których pracują dwie osoby, ale w wielu – przynajmniej na jakiś czas – jedna osoba z rynku pracy wypada, a wrócić po odchowaniu dzieci wcale nie jest tak prosto. I dziś naprawdę trudno z jednej pensji się utrzymać. Wiele kobiet naprawdę chciałoby mieć troje, czworo dzieci, ale boją się, że temu wyzwaniu z przyczyn ekonomicznych nie podołają.

Mimo że całkiem sporo jest rodzin wielodzietnych, które sobie dobrze radzą, ciągle społecznie te rodziny bywają stygmatyzowane. Nazywane są patologią, obrażane, że mnożą się jak króliki, wytykane palcami, że nie potrafią się zabezpieczać. Bywa, że nawet w kościele, czyli tam, gdzie są zachęcane do wielkoduszności w przyjmowaniu potomstwa, nie są mile widziane, bo na przykład robią hałas i innym przeszkadzają. Nie, nie żartuję. Niestety. Kampanie społeczne promujące dzietność mogą się w jakiś sposób przyczynić do zmiany, ale jakichś rewolucji bym się po nich nie spodziewała.

I kolejny powód, niemniej istotny, czyli niepłodność. Statystyki mówią, że co piąta para będzie się z tym problemem zmagać. I faktycznie się zmaga. Brak ciąży, poronienia (czasem kilkukrotne), długie leczenie – to wszystko również ma znaczenie. I nie można tego problemu pomijać ani bagatelizować.

Prawdą jest – to nie podlega dyskusji – że rodziny coraz później decydują się na dzieci, że kobiety rodzą ich mniej, ale nie tylko dlatego, że taki jest trend kulturowy, tylko często dlatego, że potrafią liczyć i po prostu obawiają się, że ich na dziecko nie stać. I ten lęk je paraliżuje. Czy słusznie? Biorąc pod uwagę sytuację ekonomiczną, pewnie niestety tak.