Gros facetów, których znam, uwielbia wędrówkę. Duża część z nich, jeśli ma wybór opcji bardziej ekstremalnej i mniej, wybiera zwykle tę pierwszą. Cenią samotność i możliwość przeżywania męskiej przygody. Jest w tych wędrówkach – w tym poszukiwaniu szlaku, w tych nocnych emocjach, aby zdążyć przed północą, aby znaleźć jakieś miejsce nocleg – coś niezwykle cennego. I ważkiego. Ta droga, na którą przed przeszło już dwoma tysiącami lat św. Józef zabrał swoją brzemienną Ukochaną, także musiała być cenna. I także musiała wiązać się z mnóstwem męskich emocji.

Tak naprawdę o drodze Świętej Rodziny z Nazaretu do Jerozolimy nie wiemy za wiele. Ba, nie wiemy praktycznie nic. Poza tym, że rzeczywiście się wydarzyła. I że zamiast w Jerozolimie zakończyła się w podjerozolimskiej wioseczce Betlejem. Tej samej zresztą wioseczce, o której nieco wcześniej pisał prorok Micheasz. „Nieco”, czyli jakieś 800 lat wcześniej.

Nieco więcej światła na tajemniczą wędrówkę młodego małżeństwa z Nazaretu do Betlejem rzucają nam dziś prywatne objawienia niemieckiej mistyczki i stygmatyczki bł. Anny Katarzyny Emmerich. Prócz łaski niezwykłego cierpienia Pan Jezus dał tej kobiecie także przywilej ujrzenia na własne oczy pewnych szczegółów z życia tak swojego, jak i swojej Matki.

To właśnie z tych widzeń dowiadujemy się, że drogę z Nazaretu do oddalonego około 150 kilometrów Betlejem Maryja z Józefem rozpoczęli trawersując górskie pasmo Gelboe. Pasmo po dziś dzień cechujące się wybitną zielenią. Obecnie obłe i łagodne zarysy masywów także uginają się przed rozległymi wypłaszczeniami pól i gajów. A skąpane w słońcu łąki usychają dziś równie łatwo jak przed tysiącami lat, nadając pejzażowi nieco bardziej sinej kolorystyki. I znowu: kolorystyki, która te ponad dwa tysiące lat temu miała prawo wyglądać zupełnie podobnie jak dziś.

Według widzeń niemieckiej stygmatyczki Józef z obawy przed zbójami obrał trasę oddaloną od bardziej uczęszczanych handlowych szlaków i gęściej zaludnionych terenów żyznych ziem dorzecza Jordanu. Będą więc wraz z Maryją iść budzącymi ludzki respekt piaszczystymi wzgórzami kamienistej hamady. Wschodnie stoki sinoburego pasma tęsknym wzrokiem będą spoglądać na majaczące na dalekim horyzoncie zielone połacie okolic płynącego jakieś 10 kilometrów stąd Jordanu.

I o ile rzeczywiście Święta Rodzina spotkała się na swej drodze przynajmniej kilkukrotnie z brakiem życzliwości u napotykanych gospodarzy, zdarzały się jednak także i inne spotkania…

Tak było choćby w pewnym pięknie położonym gospodarstwie otoczonym gajami i ogrodami. Ujęci pięknem i pokorą Świętych Małżonków gospodarze, pomimo pełnego obłożenia gośćmi, znaleźli dla nich miejsce w pobliskiej chacie. To właśnie tam zaczną wkrótce przychodzić dzieci z okolicznych wiosek, chwaląc się przed Maryją swoimi zapiskami na pergaminowych zwitkach. Dzieci nie będą mogły nasycić się słowem i naukami płynącymi z ust Niepokalanej. Będzie w tej Rodzinie coś, co sprawi, że ludzie będą cieszyć się ich obecnością. Chcąc przebywać z nimi jak najdłużej. Widząc, kim są przybyli ludzie, gospodarze oberży będą więc usilnie prosić, aby ci zostali u nich aż do czasu rozwiązania Maryi. Gospodyni zaoferuje im nawet swoją prywatną izbę – rzecz na tych ziemiach raczej niespotykana. Pomimo usilnych namów i błagań następnego dnia rano Józef i Maryja pójdą jednak dalej.

Gdy od Betlejem będzie dzieliło młodych jeszcze 10 mil, małżeństwo znajdzie schronienie u pewnej rodziny. Kobieta zdjęta litością na widok brzemiennej Maryi prędko zaprosi oboje do środka. Zaoferuje do wypoczynku swój własny pokój, do którego w kilka chwil potem przyniesie kilka bułek na strawę. Wkrótce do usługiwania dołączy także jej mąż, zawstydzony swoim początkowym mało grzecznym zachowaniem.

Emmerich pisze także o gościnie dla Świętej Rodziny w pewnej oberży, gdzie przygotowywano się do pogrzebu. Pomimo wielu zajęć gospodarze przyjmą Józefa z Maryją z życzliwością i oddaniem. Przyszykują im izbę na nocleg. Rano zaś, widząc, jak bliska rozwiązania jest Maryja, będą usilnie nalegać, aby zostali, ile tylko będzie trzeba.

– Nie będzie wam łatwo znaleźć noclegu w Betlejem – powie Józefowi gospodarz oberży, biorąc na chwilę mężczyznę na bok. – Są tam teraz prawdziwe tłumy. Większość gospód może mieć zajęte miejsca.

– Mam tam znajomych. Przyjmą nas – odpowie Józef.

Wkrótce po pokonaniu około 140 kilometrów małżeństwo dotrze do starożytnych zabudowań znajdujących się tuż pod bramą wjazdową do Betlejem. Będzie się na nie składać kilka budynków oraz dziedzińce, na których rozstawiono namioty. Kiedyś była to posiadłość, którą z racji przynależności do królewskiego rodu Dawida odziedziczył ojciec św. Józefa. Teraz jednak będą tu stacjonować rzymscy żołnierze, zbierając podatki od każdego, kto zbliża się do bram miasta. Stawić się tutaj będą musieli wszyscy bez wyjątku. Także Święta Rodzina.

Tak, ta podróż nie mogła być dla Józefa łatwa. Nie mogła być miłym spacerkiem. Nie mogła być wakacyjnym odpoczynkiem. Ani też momentem, w którym Józef miałby czas myśleć o sobie. Nie była też z całą pewnością pasmem wygód i samych owocnych spotkań. Była za to – i to możemy chyba stwierdzić z dalece wysokim prawdopodobieństwem – męskim „sprawdzam”. Męskim egzaminem dojrzałości, który ten święty mąż ponownie zdał na ocenę celującą. I choćby nie wiem, jakie emocje targały nim w momencie, gdy było jasne, że Jego Żona urodzi Syna w stajence, dziś możemy powiedzieć: ten mężczyzna znów stanął na wysokości zadania.

O tej zaś wędrówce, w której był przewodnikiem, będą mówić wkrótce miliony innych mężczyzn. Z nutą podziwu. I wielkiego szacunku.