Jezus powiedział do swoich uczniów: "Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski".

 

Droga do doskonałości wydaje się dosyć prosta: jasno postawiony cel, może nie na wyciągnięcie ręki, ale w zasięgu oczu. Cóż więc nam może przeszkodzić w miłowaniu nieprzyjaciół? Wydawałoby się, że nic, dopóki nie doznamy w swoim życiu krzywdy. To ona często nie pozwala nam żyć słowami dzisiejszej Ewangelii. Dodatkowo Jezus stawia nam wysoko poprzeczkę. Nie dość, że mamy miłować nieprzyjaciół, to jeszcze mamy się za nich modlić. Po ludzku niemożliwe. Co z krzywdą, która osłabia wolę, a często nawet niweczy plany pojednania z wrogiem? Nic, Jezus przecież nie zostawił nas samych. On poradzi sobie nawet z krzywdą. Wystarczy Mu tylko o tym powiedzieć na modlitwie, a On nas przeobrazi w zdolnych przebaczyć największą krzywdę. Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam!