«Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; zostanie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie». Potem mówił do wszystkich: «Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść dla człowieka, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?»

 

Jezus wielokrotnie zapowiadał uczniom swoje niewyobrażalnie bolesne odejście z tego świata. Mówił, że będzie odrzucony przez wszystkich i ostatecznie zostanie zabity. Zawsze jednak kończył te zapowiedzi obietnicą zmartwychwstania, której jednak uczniowie jakby nie słyszeli. Zmartwychwstanie Jezusa miało być pokonaniem cierpienia i śmierci oraz wejściem w życie uwielbione, wieczne.

Tu dotykamy duchowego paradoksu: jak cierpienie, odrzucenie, wzgarda, hańbiący krzyż, a wreszcie utrata życia, śmierć mogą być bramą do życia?! W Księdze Mądrości czytamy: „Bóg nie jest sprawcą śmierci” (Mdr 1, 13). Skoro jednak człowiek sprowadził ją na ziemię, Bóg okazał się od niej silniejszy. Posłużył się nią, aby powiedzieć człowiekowi o swojej największej miłości do niego. Jezus, przyjmując krzyż, objawił nam prawdę o przebaczającej, nieodwołalnej miłości Ojca. Tym samym wskazał nam jedyną drogę prowadzącą do ocalenia swojego życia od śmierci i zachowania go na wieczność. Jedynie oddanie siebie w jakiejkolwiek formie miłości względem drugiego człowieka zachowuje nasze życie od zniszczenia.

Często słyszymy powiedzenie, które zabija nasze wzajemne relacje: „Umiesz liczyć – licz na siebie”. Tymczasem kiedyś mój przyjaciel ułożył inne, tym razem bardzo ewangeliczne: „Umiesz chodzić – wyjdź z siebie!”.