Gdy Jezus zobaczył tłum dokoła siebie, kazał odpłynąć na drugą stronę. A przystąpił pewien uczony w Piśmie i rzekł do Niego: «Nauczycielu, pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz». Jezus mu odpowiedział: «Lisy mają nory, a ptaki podniebne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł położyć». Ktoś inny spośród uczniów rzekł do Niego: «Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca». Lecz Jezus mu odpowiedział: «Pójdź za Mną, a zostaw umarłym grzebanie ich umarłych!».

 

Dwóch różnych ludzi, dwa różne charaktery, dwie różne życiowe historie... – ale w gruncie rzeczy podobny dylemat.

Pierwszy prosił: „Chciałbym bym Twoim uczniem” (bo tak według tradycji żydowskiej należałoby rozumieć jego stwierdzenie: „Nauczycielu, pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz...”). W zdaniu tym brzmi jakaś determinacja, pewność, zdecydowanie – być może nawet nutka zadufania i pychy („choćby inni Cię opuścili... choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie wyprę się Ciebie...”). Odpowiadając mu, Jezus mówił: „Lisy mają nory, ptaki mają gniazda, a Syn Człowieczy jest wciąż w drodze...”. Pytał w ten sposób: „Czy naprawdę jesteś gotów?”.

Drugi usłyszał zaproszenie: Pójdź za mną... Przed oczyma przebiegła mu być może myśl o odpowiedzialności, o obowiązkach, o sieci rodzinnych relacji... Prosił wtedy: „Pozwól mi najpierw to wszystko ogarnąć, to wszystko jakoś zorganizować...”. Odpowiadając mu, Jezus mówił: „Zostaw umarłym grzebanie umarłych...”. Pytał w ten sposób: „Czy naprawdę jesteś tak bardzo nie-gotów?”. I powtarzał, patrząc głęboko w oczy: Pójdź za mną...

Czy naprawdę jestem gotów? Czy naprawdę jestem tak bardzo nie-gotów?

Ciekawe, który z nich rzeczywiście poszedł za Jezusem.  Ale o tym Ewangeliści roztropnie milczą...