Pokolenie naszych dzieci to pokolenie, które od maleńkości potrafi poradzić sobie z wszelką elektroniką. Nie stanowi ona dla nich żadnego tabu. Trochę obserwacji i kilka nieudanych prób i już włączony telewizor, telefon mamy czy taty. W sumie co się dziwić, skoro już nasze pokolenie wkroczyło śmiało w świat komputerów czy telefonów komórkowych. Dla naszych dzieci wszelka elektronika to chleb powszedni. Z przerażeniem jednak i trochę wręcz z niedowierzaniem nieraz czytam o uzależnieniu się dzieci, nawet tych najmłodszych, od mass mediów, gier komputerowych i social mediów. 

Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że zbyt częste korzystanie z ekranów przez dzieci, szczególnie te jeszcze niemówiące, czyli gdzieś do drugiego roku życia, jest szkodliwe dla ich rozwoju. Przede wszystkim może zdarzyć się opóźnienie nauki mówienia, problemy ze snem, lęki spowodowane zbytnią jaskrawością ekranów i ruchomych elementów czy pojawienie się niekontrolowanej agresji, trudności w aktywności ruchowej i zapewne wiele innych negatywnych skutków. 

Z drugiej strony zdajemy sobie sprawę, że dzisiaj trudno obejść się bez elektroniki. Przy pomocy tabletów czy laptopów dzieci się uczą chociażby języków obcych. Jest mnóstwo edukacyjnych aplikacji dostosowanych do odpowiedniego wieku odbiorcy. Też nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby moje dziecko będące już w szkole nie miało ze mną kontaktu. Niekoniecznie musiałoby mieć smartfon. Niestety takie czasy. W ogóle dostęp do informacji spowodował, że ludzie bardziej się od siebie wbrew pozorom oddalili, nie ufają sobie, boją się wielu rzeczy, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. 

Nasze dzieci, owszem, korzystają z różnych urządzeń. Nie będę hipokrytką, mówiąc, że nie oglądają bajek czy nie słuchają piosenek dla dzieci. A czasem, jak już naprawdę potrzebuję konkretnego czasu na zrobienie określonej czynności, nie ukrywam, włączamy im telewizor, by za bardzo się nie krzątały po domu. Aczkolwiek udaje się nam to jeszcze w miarę kontrolować. Nie posiadamy kablówki ani telewizji naziemnej, bo po prostu jest kłopot z jej uruchomieniem. Za to mamy Internet. A tu możemy wpływać na to, co nasze dzieci, kiedy, gdzie i w jakiej ilości oglądają. Nie muszą patrzeć bezmyślnie na reklamy (bo można je po prostu zablokować), a każda audycja czy bajka jest przez nas w miarę sprawdzona, czy aby dostosowane jest to do ich wieku i aktualnych potrzeb. 

Poza tym staramy się mówić i tak też postępować, że telefon, pomimo że smart (czyli z całym swoim dobrodziejstwem), służy głównie do dzwonienia i pisania wiadomości. Choć zdarza nam się robić śmieszne zdjęcia czy bitwę na emotki z ciociami. Aczkolwiek nie jesteśmy z mężem zwolennikami dawania dzieciom telefonu, czy to w weekendy, czy od święta, czy w ogóle jako formę pewnej rozrywki. Jedyny wyjątek stanowią podróże, kiedy radio, piosenki różnej maści czy audiobooki już nie wystarczają, a dzieci dostają powoli, delikatnie mówiąc, stanu nie do opanowania, a akurat brak jest miejsca do zrobienia postoju. Wtedy owszem telefon, YouTube, Śpiewające Brzdące i tym podobne robią wielką robotę. Słyszałam też kiedyś taką opinię jednych rodziców, że wolą dawać dziecku telefon, bo w innym wypadku staliby się zakładnikiem własnego dziecka w kwestii dostępu do telewizora. Tylko czy wtedy nie staną się ofiarami szantażu swojego dziecka za każdym razem, gdy poprosi o telefon? 

Jednak blady strach padł na nas ostatniej niedzieli. Może to trochę przesadzone i zbyt moce słowa, ale jednak. Otóż przy mocno niesprzyjającej pogodzie, gdzie co rusz dostawaliśmy alerty o wichurach, a w mediach słychać było, że gdzieś tam w Polsce ileś tysięcy domostw pozostało bez prądu, ogrzewania, a co za tym idzie, również i bez dostępu do ciepłej wody – padło i na nas. Bodajże na dwie–trzy godziny zostaliśmy odcięci od świata. Zdążyliśmy zjeść ciepły obiad. Nie było prądu, Internetu i nie działały telefony. Nie ukrywam, długotrwała awaria byłaby sporym kłopotem, gdyż wszystko w naszym domu jest na prąd. Na szczęście sporo mamy świeczek i światełek na baterię, tak że było całkiem klimatycznie. 

Awaria zaskoczyła nas, kiedy całą rodziną oglądaliśmy film. To taki nasz rytuał w weekendy. Nagle się zrobiło ciemno, głucho, na zewnątrz jeszcze ciemniej. Bardziej bałam się, że dzieci się wystraszą, bo akurat nie siedziały przy nas. Młodsze dziecko zareagowało dla nas w dosyć komiczny sposób, bo swoim kaleczonym jeszcze językiem córka zapytała: „gdzie jest pilot?” („pijot”). Było to dla niej dość spore zaskoczenie, że coś, co działa, może nie działać. Synek mocniej to przeżywał. Jest w tym wieku, że ciemność raczej kojarzy mu się dość złowrogo. A najtrudniej było mu oswoić się z myślą, że światła nie da się zapalić, kiedy będzie czuł taką potrzebę. Bardziej, wydaje mi się, my się martwiliśmy, bo przecież elektronika zapewnia organizację naszemu domowi i pracy zawodowej. 

Jednak taka awaria raz na jakiś czas to dobry pomysł na zwolnienie, wyciszenie się. Po prostu usiedliśmy i przy latarce na spokojnie poczytaliśmy bajki. Nie było przy tym ani wygłupów, ani wyrywania sobie z rąk zabawek, dzieci faktycznie z zaciekawieniem przysłuchiwały się opowieściom. Czytamy im zawsze na dobranoc, ale to było inne czytanie. Przede wszystkim nasze nastawienie było inne. Nie chcieliśmy robić tego na wyścigi i traktować tego jako zła koniecznego i obowiązku, do którego się zobowiązaliśmy. A ile razy licytujemy się z synkiem o jeszcze jeden rozdział przed snem. Poza tym dzieci szybko odkryły zalety nowej sytuacji, w której się znalazły. Bawiliśmy się w robienie cieni, w zdmuchiwanie świeczek czy łapanie światełka latarki. Ich niepokój nieco zelżał. Nawet kolację mieliśmy przy świecach, a dzieci również kąpiel. 

To doświadczenie pokazuje nam, jak szybko zatracamy się w codzienności i jak wciągamy w to nasze dzieci. Jak sami często uzależniamy się od nowych urządzeń, a kiedy przestają działać, boimy się tego, co mamy ze sobą zrobić, jak rozmawiać ze sobą nawzajem. Problemem nie tylko jest korzystanie z elektroniki czy zbyt długie oglądanie telewizji przez nasze dzieci, ale także gdzie my w tym czasie jesteśmy i jaki przykład im dajemy. Musimy sobie zadać pytanie, na czym budujemy nasze relacje i czy boimy się rzeczywiście ciemności, czy może raczej ciszy i konieczności jej wypełnienia.