Jezus przyszedł nad Jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam siedział. I przyszły do Niego wielkie tłumy, mając z sobą chromych, ułomnych, niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u Jego stóp, a On ich uzdrowił. Tłumy zdumiewały się, widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. i wielbiły Boga Izraela. Lecz Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: «Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają, co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby ktoś nie zasłabł w drodze». Na to rzekli Mu uczniowie: «Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba, żeby nakarmić tak wielki tłum?». Jezus zapytał ich: «Ile macie chlebów?». Odpowiedzieli: «Siedem i parę rybek». A gdy polecił tłumowi usiąść na ziemi, wziął siedem chlebów i ryby i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów.

 

Jezus wchodzi na górę, podobnie jak w Starym Testamencie czynił to Mojżesz, udając się na rozmowę z Bogiem. Tam też Jezus siada – to również zachowanie i postawa właściwa prawodawcy, nauczycielowi, mistrzowi. Z tego miejsca Jezus doskonale widzi owe mnóstwo ludzi, którzy za Nim przyszli. To musiał być niesamowity widok: morze sparaliżowanych, niewidomych, kalekich, głuchoniemych i wielu, wielu innych. Oto obraz ludzkości po grzechu pierworodnym! – ogrom cierpienia, biedy, chorób, niedoli, słabości… I to właśnie taka ludzkość zostaje „położona u stóp Jezusa”.

Co wobec tego robi Chrystus? – wszystkich uzdrawia. Jak notuje Mateusz Ewangelista, tłumy zdumiewają się tym, że „niemi mówią, ułomni wracają do zdrowia, sparaliżowani chodzą, a niewidomi widzą”. Dla nas to zdziwienie tłumów może wynikać tylko z podziwu owych ludzi dla uzdrawiającej mocy Jezusa, ale dla świadków tych wydarzeń znaczyło to o wiele więcej. Oni doskonale znali proroctwa i wiedzieli, że dokładnie takie znaki miały towarzyszyć przyjściu Mesjasza, np. w proroctwie Izajasz (Iz 35, 5–6). Zatem zgromadzeni przy Jezusie ludzie zobaczyli w Nim prawdziwego Mesjasza, który miał przyjść, stąd ich wielkie zdumienie. Św. Mateusz celowo tak konstruuje swoją Ewangelię, gdyż pisał ją do chrześcijan pochodzenia żydowskiego, zakorzenionych w tradycji judaistycznej.

Ale wobec mesjańskich proroctw Starego Testamentu Jezus okazuje się być kimś dużo większym. Po tej scenie z uzdrowieniami św. Mateusz opisuje wydarzenie, które jest zapowiedzią Eucharystii. Często nazywa się je cudem rozmnożenia chlebów, ale czy rzeczywiście był to cud? W niektórych przekładach Nowego Testamentu ten fragment nosi tytuł: „Drugi znak chleba” (patrz Pismo Święte wydane przez Edycję Świętego Pawła). Znak jest czymś zupełnie innym niż cud, bo odwołuje nas do rzeczywistości, na którą wskazuje. Tak jest z rozmnożeniem chleba. To wydarzenie odwołuje nas do Eucharystii ustanowionej przez Chrystusa na ostatniej wieczerzy. Niejako już teraz objawia nam, czym ona będzie.

Jak wynika z Mateuszowej Ewangelii, Eucharystia jest pokarmem ludu, który jest w drodze. Ten lud jest umęczony, poraniony, a przede wszystkim głodny! Czy to nie jest dogłębna prawda o nas, którzy nosimy w sobie tyle różnych głodów: głód miłości, wieczności, nieśmiertelności itd.? Chrystus na te wszystkie nasze głody odpowiada i je zaspokaja, nasyca, wypełnia.

Lud zgromadzony w tej Ewangelii wokół Jezusa znajduje się na pustyni – to obraz naszego życia. Zdają sobie doskonale z tego sprawę Apostołowie i próbują to uświadomić Jezusowi. A On reaguje tak, jakby był obojętny wobec ich przerażenia. Robi rzecz niesłychaną! Pyta ich o to, co mają, i bierze to w swoje boskie ręce. Nie czyni zatem cudu, który by polegał na wyczarowaniu czegoś z niczego. Okazuje się, że z tego „nic” albo „niewiele”, które ma człowiek, Jezus potrafi nakarmić tłumy! Gesty, które Jezus przy tym wykonuje nad chlebem, od razu odnoszą nas do tych samych, jakie potem uczyni, ustanawiając Eucharystię: „wziął (…), odmówił modlitwę dziękczynną, połamał (…), dawał uczniom, a oni tłumom”. Ów cud nie jest czarowaniem, nie jest nawet rozmnożeniem, ale dokonuje się tylko dlatego, że jest dzieleniem tego, co mamy, pomiędzy nas. I na dodatek Jezus rozdaje to, co otrzymał od uczniów, ich rękami! Oto tajemnica Eucharystii: ona powstaje z tego, co każdy z nas odda Jezusowi, i co potem mocą Ducha Świętego przemieni się w Ciało Chrystusa oraz w miłości zostanie podzielone pomiędzy braci.

Dziś Jezus nie ma już fizycznego ciała. Potrzebuje chrześcijan, którzy tworzą Kościół – Jego Ciało, aby z nich samych, z ich życia, ich miłości, ich daru z siebie (jak z siedmiu chlebów i kilku rybek) mógł powstać Chleb Eucharystyczny, dzielony między braci. Chrystus jako Głowa potrzebuje swojego Ciała – Kościoła, żeby karmić świat sobą tak, aby wszyscy najedli się do syta i aby „resztkami” mogli się nakarmić także poganie. Czyż nie to miała na myśli kobieta kananejska – poganka, która prosząc Jezusa o uzdrowienie swojej córki, wyznała z wiarą: „Tak, Panie! Ale i szczenięta zjadają resztki, które spadają ze stołów ich panów” (Mt 15, 27).