Jest moją chrzestną mamą. Naprawdę dobrą. Pomocną, czułą i wrażliwą. Mądrą. I szczerze modlącą się za swojego chrześniaka. Przynajmniej tak twierdzi. 

Przez praktycznie całe swoje zawodowe życie uczyła fizyki w jednym z warszawskich liceów. W szkole, o której zwykło się mówić „elitarna”. Taka, do której naprawdę ciężko było się dostać. Byłem u niej w pracy ledwie kilka razy. Pojechałem nawet na jedną wycieczkę. Opinia o cioci wśród moich rówieśników była raczej jednoznaczna. Bali się jej. Czuli do niej respekt. 

I w sumie to nawet jakoś się im nie dziwiłem. Wszak sam przez lata po ludzku bałem się swojej chrzestnej. Przy całej swej czułości i dobroci była bowiem bardzo zasadnicza. A szkolne nawyki nauczyciela przenosiła żywcem do domu. Stąd nieraz rodzice straszyli mnie w stylu: – Jak nie dokończysz tego obiadu, to przyjdzie ciocia i się skończy zabawa.

Nie siedziałem nigdy w głowie swojej cioci. Ale po ludzku patrząc, mogło się wydawać, że jej życie to naprawdę pasmo sukcesów. Przynajmniej w teorii. Bo i zaradny, mądry, dobrze zarabiający mąż informatyk. I trójka mądrych, świetnie chowających się dzieci. Ładne mieszkanie w dobrej dzielnicy. Rodzinne wakacje to w Polsce, to gdzieś w Grecji. A zimą białe szaleństwo na nartach. To oczywiste: ta rodzina na pewno miała swoje problemy. Jak każdy z nas. Wydawało się jednak, że nie były to problemy z kategorii tych, które dobijają w sposób taki, że nie sposób tego nie ukryć na zewnątrz. Przynajmniej ja jako młody chłopak nic takiego nie dostrzegałem. Aż nadszedł ten dzień.

Najstarsze z dzieci mojej chrzestnej zginęło. Tragicznie i nagle. Zostali sami. Synkowie, mąż i ona. We czworo. Bez córki. I dopiero w tym czasie poznałem, za kogo wyszła moja ciocia.

Do tej pory zdecydowanie w cieniu. Pozostający tym, który po prostu wykonuje swoją pracę. Pozostając jednak zarazem z dala od rodzinnego świecznika. Od „kontaktów ze światem” była ona. Jego żona, a moja ciocia. 

Nie znałem tego faceta za dobrze. Muszę się przyznać, że momentami denerwowałem się, gdy wychodziła na wierzch jego mądralińskość. Wydawało się, że wszystko wie najlepiej. A wiadomo: którego mężczyzny nie wkurza, gdy drugi wie lepiej, prawda? Ale tak po ludzku naprawdę go lubiłem. Po części nawet podziwiałem. 

Ciocia zawsze była ładną kobietą. Szczupła, wysportowana. Nigdy jej o to nie spytałem, ale wnioskuję, że miała w kim wybierać, gdy przyszło jej szukać męża. Wybrała tego jednego.

Gdy nadszedł ten dzień – dzień próby (tak dla nich, jak i dla ich dzieci, przyjaciół) – ciocia nie wytrzymała. Trzymała ten ból od pewnego czasu. Wreszcie wybuchła w rozmowie przez telefon:
– Bo widzisz. Ten mój facet to nic…
– Ale co „nic”?
– Nic nie współczuje…
– Nie rozumiem…
– Bo gdy ja płaczę po naszej … Gdy już nie wytrzymuję... Gdy jestem bezsilna, on mnie tylko w milczeniu przytula.
– A to źle??!!
– Bo ja bym chciała… – łamał się głos Hani – bo ja bym chciała, aby on także ze mną popłakał.

Domyślam się, że niejeden dobry psycholog przyznałby mojej chrzestnej rację. Że dobrze jest, gdy towarzyszymy w bólu i niewysłowionym cierpieniu w ten sam sposób, co zainteresowana osoba, którą pocieszamy. Że czasem dobrze jest popłakać razem z nią. Dla mnie jednak mąż mojej chrzestnej był znów gigantem.

Bo nie chodzi mi o to, że mężczyźnie nie wolno płakać. Ani o to, że koniecznie musi być niewzruszony, gdy obok ktoś po ludzku nie daje sobie z czymś rady. Chodzi o to, aby był skałą. Szczególnie w takich właśnie dniach jak wspomniany dzień próby. Śmierć kogoś bliskiego, porzucenie, inna tragedia. Co wówczas zrobisz? Położysz się i pójdziesz spać? A po pobudce udasz, że nie ma tematu? A może będziesz użalać się nad sobą do końca swoich dni? I mniejsza, gdyby chodziło tylko o nas. To jeszcze najmniejszy problem. Ale gdy Bóg postawi obok ciebie kobietę, za którą będziesz odpowiedzialny, co wtedy? Gdy powie, że od tej pory to „ty jesteś głową tej rodziny”? Co wówczas? Też się położysz? Też będziesz razem płakać? W poczuciu bezradności i lęku?

Na tę łezkę przyjdzie zapewne pora – ale dopiero wówczas, gdy zrozpaczona żona nie będzie akurat widzieć. To przecież jasne. Stracił jedyną córkę. Jest człowiekiem. Ale teraz, w tej konkretnej sytuacji, przed którą stawia go Bóg, jest przede wszystkim mężem. I nie może pozwolić, aby oboje się rozsypali. Emocjonalnie, w uczuciowej beznadziei. Trzeba ogarnąć przecież tyle spraw. Pogrzeb, goście, kondolencje, kościół, ciało córki. Potrzebna jest chłodna głowa. Głowa rodziny. Ktoś ci dał rozkaz. Pora go wykonać. Na płacz będzie czas kiedy indziej.

Tak, ten facet urósł w moich oczach, jak nigdy wcześniej.