Od razu więc pozwólcie, że się wytłumaczę. Nie chciałbym w żadnym wypadku poruszać się w kategoriach porównywania się, odnoszenia się do innego człowieka. Tak bowiem zwykle wychodzi, że gdy ktoś powie, że jakiejś grupie społecznej jest trudno, to z automatu odbiorca wnioskuje, że pozostałym musi być w tej sytuacji łatwiej. Bo w przeciwnym razie po co byłoby o tym w ogóle mówić?

A ja naprawdę dziś nie o tym. Nie będzie w tym tekście żadnego porównywania. Ścigania się, komu jest trudniej. Swoją drogą – jeśli już mielibyśmy wejść w tę narracją z porównywaniem się – to uczciwie muszę przyznać, że w znakomitej liczbie przypadków mężczyźnie nie jest dziś jakoś wybitnie trudniej aniżeli kobietom. Mało tego. Gdy chodzi o wiele aspektów życia codziennego, bez wątpienia mamy z całą pewnością lżej. Począwszy od fizyki ciała, szybszej kąpieli i braku problemów z sakramentalnym pytaniem „co dziś na siebie włożę”. Nam jest bez wątpienia prościej. Ale dziś nie o tym. Nie.

Po niedawnej uroczystości Chrystusa Króla Wszechświata stwierdzam jednak, że pod pewnymi względami nam, mężczyznom, może być trudniej. Trudniej nam przyjąć pewną prawdę, podporządkować się Bożej optyce.

Bo przecież każdy facet o tym marzy. W sposób mniej lub bardziej zawoalowany. W sposób mniej lub bardziej objawiający się w jego codzienności. Marzy o byciu rycerzem. Marzy o toczonych bitwach. O samodzielności i męstwie. A przez to o podziwie wpatrzonej w niego kobiety. Tak po prostu ma. Tak mam też i ja.

I niewątpliwie każdy z takich rycerzy marzy o służbie potężnemu i wszechwładnemu królowi. Panu, który na jeszcze piękniejszym niż mój koniu przystąpi z nami do bitwy. Z jeszcze bardziej lśniącą od naszej zbroją. Z jeszcze cięższym od naszego mieczem. Bo w męskim światku właśnie taki obraz króla pokutuje jako wyśniony. Jako ten wymarzony. Swoją drogą na pewno duża doza odpowiedzialności za taki stan rzeczy spoczywa na kulturze, w jakiej jesteśmy wychowywani. Książki, w których się zaczytywaliśmy od maleńkości. Filmy, na które chodziliśmy do kina. Wszędzie tam obraz męskiego i potężnego króla miał właśnie taki rys.

A tu dowiaduję się z kościelnej ambony, że ten Prawdziwy Król jest zupełnie inny. Że Jego tronem wcale nie jest ten pozłacany fotel umiejscowiony hen-hen wysoko-wysoko na wyłożonym szmaragdami podeście – lecz drewniany Krzyż. Że Jego koroną wcale nie jest ta wykonana ze złota i wysadzana diamentami – lecz ta z kłującego ciernia. A swoją królewską szatę po prostu dał sobie odebrać zwykłym żołdakom. Którzy rzucili potem sobie o nią losy…

I naprawdę. Mężczyźnie ciężko jest to zrozumieć. Ciężko się tym po ludzku zafascynować. Pójść za takim wyobrażeniem. Ciężko, bo takie wyobrażenie łamie wszelki schemat męskiej fascynacji światem. Tego, co go pociąga. Co go inspiruje.

I żeby było jasne: każdy z nas ma prawo wyobrażać sobie Pana Jezusa jako Króla Wszechświata otoczonego blaskiem. Siedzącego na cudnym tronie. Pewnie, że tak. Ja się jednak odnoszę do tego Króla, o którym w ostatnią niedzielę usłyszałem w czytanej Ewangelii. Domyślając się, że Kościół nie chciał, abym w tych swoich wyobrażeniach tego dnia – gdy akurat wspominamy Króla Wszechświata – za daleko nie odpłynął. Moich wyobrażeniach pełnych triumfu, przepychu, męskiej dominacji, znaczenia walki i odwagi. Na rzecz pokory, ogołocenia, biedy i pustki.

I wiecie co? Ten dzień na pewno był po coś. I to rozczarowanie także z całą pewnością było po coś. Rozczarowanie skutkujące kolejnym łamaniem schematów myślenia. Kolejnym zawracaniem z obranej drogi. Kolejnym uczeniem się Bożej optyki.

Dobrze. Spróbuję więc jeszcze raz.