Powstał Eliasz, prorok jak ogień, a słowo jego płonęło jak pochodnia. On głód na nich sprowadził, a swoją gorliwością zmniejszył ich liczbę. Słowem Pańskim zamknął niebo, z niego również trzy razy sprowadził ogień. Jakże wsławiony jesteś, Eliaszu, przez swoje cuda i któż się może pochwalić, że do ciebie jest podobny? Ty, który zostałeś wzięty w wirze ognia, na wozie zaprzężonym w ogniste rumaki. O tobie napisano w karceniach dotyczących przyszłości, że masz uśmierzyć gniew, zanim zapłonie, by zwrócić serce ojca do syna i pokolenia Jakuba odnowić. Szczęśliwi, którzy cię widzieli, i ci, którzy w miłości posnęli, albowiem i my na pewno żyć będziemy.

 

Oczywiście Mądrość Syracha w tym katalogu „ojców i bohaterów” oddaje należne miejsce Eliaszowi, na którego czeka wciąż wierzący w nadejście Mesjasza Izrael, ale mnie znów – nieco pod włos – zatrzymuje ostatni werset pierwszego czytania: „Szczęśliwi widzący cię i w miłości, którzy spoczęli, i bowiem my życiem żyć będziemy” (Syr 48,11). Powód jest prozaiczny – opisy cudów „proroka jak ogień” są wartym uwagi, ale jednak tylko wspomnieniem, a zapowiedzi (których doczytujemy się również w proroctwie Micheasza, jak u ewangelistów synoptycznych) znalazły wypełnienie w Jezusie Chrystusie. 

Natomiast obietnica szczęścia, którym jest zaśnięcie w miłości, karmi najbardziej pierwotną z tęsknot – głód miłości. A skoro ten głód jest tak realny, daje się rozpoznać i domaga się zaspokojenia, to paradoksalnie możemy iść w szalone (jak kochający do szaleństwa mogą powiedzieć) zawody z Eliaszem, którego pragnienie bliskości z Bogiem nie było niczym innym jak właśnie Miłością. Tą samą Miłością, która i dziś chce być kochana… Dlatego to wspomniane na końcu 11. wersetu „życie życiem” staje się naszą szansą na wejście pomiędzy historie ludzi Boga uchwycone przez Biblię, by pisać własną historię miłości – opowieść, która nigdy się kończy…