Nieraz mieliśmy okazję uczestniczenia w zaślubinach i zabawie weselnej. Później jakoś tego typu okazje się pokończyły. Nasi znajomi czy rodzina w podobnym do nas wieku po prostu zaczęli toczyć zwyczajne życie, a na horyzoncie zabrakło już kandydatów do ożenku. Tak że zaproszenie nas przez naszych sąsiadów na ich ślub i przyjęcie weselne bardzo nas ucieszyło i mile zaskoczyło. Jednak tym razem było inaczej. Teraz byliśmy już rodzicami! Pamiętam jeszcze te czasy, kiedy nie zapraszano na wesela dzieci. Dziś sytuacja się nieco zmieniła i raczej nikt dzieci już nie wyklucza z tego typu imprez. Choć pewnie i w tej materii znajdą się wyjątki.

Nie ukrywam, miałam pewne obawy, gdyż nasze dzieci są jeszcze małe, szybko się nudzą, zmieniają im się emocje i nastroje niemalże z minuty na minutę. Bałam się, że ani my nie będziemy mieć przyjemności z zabawy, ani one. Po drugie staramy się na swoich własnych rodzinnych imprezach, w których uczestniczą nasze dzieci, nie podawać alkoholu. A przecież na weselu niekiedy nie może go zabraknąć. Z moich obserwacji tylko mogę stwierdzić, że kultura picia jakby nieco się zmieniła. Chwiejący się goście, wyznający miłość wszem wobec to już, myślę, rzadszy widok, jednak nie ukrywajmy, zawsze się może ktoś taki znaleźć. Ale od tego jesteśmy my, by dzieciom takich widoków oszczędzać.

Moje obawy zostały rozwiane, kiedy dowiedziałam się, że w uroczystościach uczestniczyć miała spora liczba dzieci. Tak że wiedziałam, że nasze dzieci, prędzej czy później, będą miały towarzystwo. Zresztą dziś Młoda Para bardzo przychylnie podchodzi do kwestii dzieci na ślubie. To miłe, że na zaproszeniach uwzględnia się dzieci, a rodzicom w ten sposób daje się sygnał, że nie będą one kłopotliwymi gośćmi. Poza tym rodzice mogą swobodnie zdecydować się, czy zabierać dzieci, czy zorganizować im opiekę we własnym zakresie. Szybciej decydują się, kiedy dowiadują się, że jest przewidziana niania, która przypilnuje dzieci, kiedy nadejdzie pora ich zasypiania, albo znajdzie się dla nich pokój, by mogły odpocząć od gwaru i głośnej muzyki. W naszym przypadku byliśmy mile zaskoczeni, jak wiele atrakcji było przewidzianych z myślą o dzieciach. Nasze maluchy do dziś wspominają dobrą zabawę. Przede wszystkim, kiedy dorośli odpoczywali od tańców, DJ zabawiał dzieci. Przewidziano specjalny blok tylko z piosenkami dziecięcymi. Ponadto dzieci mogły rysować, brać udział w konkursach tanecznych razem z dorosłymi. Szaleństwom nie było umiaru. 

Kolejnym ważnym elementem były posiłki. Na tego typu imprezach jedzenie może być kłopotliwe. Większość potraw zazwyczaj nie jest przystosowana do dzieci i ich diety. I tym razem nasze dzieci czuły się wyjątkowo, bo oprócz tradycyjnej, uwielbianej przez wszystkie dzieci pomidorowej, podano proste surówki, kotlety z kurczaka, frytki, musy owocowe, a na deser wjechały... racuchy z jabłkami. Zazwyczaj stosujemy przed imprezami dwie strategie: albo podajemy im własny obiad, by były już w miarę najedzone, albo przeczekujemy z posiłkiem i mamy nadzieję, że coś będzie w ich guście. Tym razem nie było wcale marudzenia. Co więcej, mieliśmy niesamowitą frajdę, patrząc, jak się goszczą i zajadają.

Mimo że raczej z mężem jesteśmy zwolennikami prywatek niż hucznych imprez, cieszyliśmy się na możliwość wyjścia razem, nawet z dziećmi. Co więcej, wspólna zabawa połączyła tak odmienne temperamenty naszych dzieci. Córka nie miała problemu z zaklimatyzowaniem się, a dla naszego synka ogromne znaczenie miała obecność innych dzieci, które przejęły rolę animatorów tych młodszych. Nie ukrywam, z trudem wyciągaliśmy dzieci z zabawy. Może nie zabawiliśmy tam całej nocy, to jednak te parę godzin było dla nas wystarczających. Czuliśmy satysfakcję, że mogliśmy dobrze spędzić czas, porozmawiać z innymi, potańczyć, zjeść we względnym spokoju, pomimo obecności, bądź co bądź, absorbujących jeszcze naszych dzieci. Tak że gratulujemy Młodej Parze tak wspaniałej uroczystości.

Ale najbardziej jestem dumna z syna, ponieważ wciąż podkreślał, co tak naprawdę w tym dniu było najważniejsze. Wiedział doskonale, że bez tego, co miało miejsce w kościele, nie mogłoby być zabawy weselnej. Przygotowywał się do tego wydarzenia wcześniej, gdyż zażyczył sobie, aby włączyć film z naszego ślubu. Kiedy córka chciała już obejrzeć fragmenty taneczne, tłumaczył jej, co musi po sobie następować. Czasami zdarza mi się, że nie muszę córce wiele rzeczy tłumaczyć, bo synek, choć zaledwie pięcioletni, potrafi to zrobić znacznie lepiej i szybciej. Lubię ich wtedy obserwować i nasłuchiwać ich rozczulających dialogów. Wówczas naprawdę rozpiera mnie duma.