Jezus powiedział do swoich uczniów: «Teraz idę do Tego, który Mnie posłał, a nikt z was nie pyta Mnie: „Dokąd idziesz?” Ale ponieważ to wam powiedziałem, smutek napełnił wam serce. Jednakże mówię wam prawdę: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Paraklet nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, to poślę Go do was. On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu – bo nie wierzą we Mnie; o sprawiedliwości zaś – bo idę do Ojca i już Mnie nie ujrzycie; wreszcie o sądzie – bo władca tego świata został osądzony».

 

Nawet wizja ogromnego spadku nie zrównoważy, nie przezwycięży smutku w obliczu odchodzenia bliskiej osoby. Tym bardziej jest to trudne do zaakceptowania, gdy mgliste są wyobrażenia zapowiadanego dobra.

Tak długo i nie bez cienia wątpliwości dochodziła do serc i umysłów Apostołów prawda, że Jezus jest Synem Bożym, Bogiem samym. A tu na dodatek pojawia się zapowiedź nowej boskiej osoby – Ducha Świętego, Pocieszyciela. Czy to nie za dużo dla tych prostych ludzi? Czy Jezus nie oczekuje od nich zbyt wiele i to w takiej chwili?

Nie dziwi więc, że nie myślą o tym, gdzie Jezus odchodzi. Cierpią w smutku i biją się z myślami z powodu wizji utraty tak bliskiej osoby. Odchodzi Ten, który był dla nich wsparciem, dodawał otuchy, nadawał sens ich życiu, ich radykalnym wyborom, skutkiem których poszli za Nim, zostawiając wszystko i wszystkich. To właśnie On teraz zapowiada swoje odejście. Na tym skupiają się ich myśli, to nurtuje ich serca. Na zrozumienie wszystkiego innego przyjdzie dopiero czas.

I my mamy swój czas rozumienia i zgłębiania Bożego planu. I my mamy swój czas wznoszenia się ponad to, co zasmuca, ogranicza i przytłacza. I my mamy swój czas odkrywania nieustannej obecności Boga w naszym życiu wraz ze wszystkimi darami, które nam obiecał.