Przyszedł bowiem Jan: nie jadł ani nie pił, a oni mówią: Zły duch go opętał. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije, a oni mówią: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników. A jednak mądrość usprawiedliwiona jest przez swe czyny.

 

Nie znalazł się na świecie jeszcze taki człowiek, który dogodziłby wszystkim. Dosłownie. Zobacz: starasz się sumiennie wykonywać swoją pracę, wielu to doceni i uzna to za gorliwość, ale też będą i tacy, którzy za plecami będą szeptać, że chcesz „spać w nogach prezesa”. Może też być odwrotnie: „lekko” podchodzisz do swoich obowiązków, powiedzmy szczerze - masz wszystko w nosie, i znowu przeleje się po tobie (tym razem słuszna) fala krytyki. I bądź tu człowieku mądrym. 

Ciekawą myśl wysunął przed laty Theodore Roosevelt, prezydent USA, który miał powiedzieć: „Jedyny człowiek, który nigdy nie popełnia błędów to taki, który nigdy nie robi nic. Nie bój się pomyłek pod warunkiem, że nie popełnisz tego samego błędu dwa razy”. Może wszystkim „nie dogodzisz”, ale rób tak, aby twoje sumienie i serce było zawsze skierowane ku dobru. I wtedy możesz być spokojny!

Zobacz na słowa z powyższej Ewangelii w redakcji św. Mateusza. Jezus widząc zachowanie ludzi, znając ich myśli i serca, wyrzuca im zakłamany obraz Zbawiciela i proroka Jana Chrzciciela. Posługuje się obrazem niesfornych dzieci. Takich, które bawiąc się na podwórku (dzisiaj to już dość rzadki widok, bo dzieci zamiast przy trzepaku siedzą przy androidzie), nie potrafią wspólnie dogadać się w kwestii zabaw. Narzekają, że jak jedne chcą się bawić, pozostałym to nie w głowie. I na odwrót.

Podobnie rzecz się ma z Janem Chrzcicielem i Jezusem. Jan Chrzciciel spędził swoją młodość i okres dojrzały na pustyni. Był człowiekiem wobec siebie surowym i ascetycznym – „...nie jadł ani nie pił…”. Żył poza cywilizacją, w zgodzie z naturą, żywił się jej owocami. Jan wzywał do nawrócenia, czyli zmiany myślenia oraz głosił zbliżające się nadejście Mesjasza. Udzielał poszukującym trafnych i praktycznych wskazówek dotyczących życia. Był człowiekiem sprawiedliwym i pokornym. Pomimo tego znaleźli się i tacy, którzy twierdzili, że jest pospolitym dziwakiem, może odszedł od zmysłów albo też „Zły duch go opętał”. Robił bardzo wiele dobrego, a jednak to dobro okazało się solą w oczach wielu ludzi. Jan Chrzciciel swoją prawowierność przypieczętował męczeńską śmiercią. 

Jezus w przeciwieństwie do Jana był spotykany między ludźmi. Mieszkał w ich domach, jadł i pił co Mu podawano. Był na weselu w Kanie Galilejskiej, na ucztach wydawanych przez faryzeuszów czy celników. Mieszkał jakiś czas w Kafarnaum w domu Piotra. I to też było powodem krytyki: „Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników”. I tak źle, i tak niedobrze.

Ewangelista Mateusz wskazuje, że pomimo tego „gadania” czyny Jezusa są dziełami Bożej Mądrości: „…mądrość usprawiedliwiona jest przez swe czyny”. Te czyny wydają o Nim świadectwo. Oznacza to, że wbrew niedoskonałej reakcji ludu, czyny Boga ukazane w Jezusie potwierdzały jasno Jego tożsamość. Jeśli ludzie pozostają ciągle w swej niewierze, to nie jest to wina Mądrości ani czynów Jezusa. Wina leży po stronie tych, którzy mają uszy, ale nie chcą usłyszeć.

Żeby trochę poszerzyć dzisiejsze rozważanie przywołam słowa komentarza Cyryla Aleksandryjskiego z działa „Fragmenta in Matthaeum”: „Kiedy niektóre dzieci tańczyły, a inne śpiewały pieśni pogrzebowe, zabrakło pomiędzy nimi harmonii i jedne obwiniały drugie o brak zgody. Tak właśnie przydarzyło się Żydom, którzy nie chcieli przyjąć ani surowości głoszenia Janowego, ani łagodności Chrystusa. W rezultacie nie odnieśli żadnego pożytku. Wypadało Janowi jako słudze umartwiać pożądliwości ciała wielką surowością, podczas kiedy Chrystus, jako wolny, umartwiał skłonności ciała i prawa natury w sposób całkowicie władczy, mocą swego Bóstwa bez stosowania praktyk ascetycznych. W każdym bądź razie Jezus zapowiadając chrzest nawrócenia przedstawił siebie jako wzór łagodności i pokoju i dzięki temu zaofiarował wiernym wizję radości niewymownej oraz życia pozbawionego trudu i cierpienia. Istotnie, flet oznacza słodycz królestwa niebieskiego zaś śpiewy pogrzebowe – kary gehenny” (FM, 142-144, w: A. Paciorek, Ewangelia wg św. Mateusza, Tarnów 2009, s. 244-245).

Z tym: «i tak źle, i tak niedobrze», kojarzą mi się słowa, które usłyszałem od znajomego księdza. W rozmowie na temat uczestnictwa księdza na weselu nowożeńców powiedział wówczas takie porzekadło: „potrzebny, jak ksiądz na weselu”. Tak czasem, z przymrużeniem oka, patrzą goście weselni. Z jednej strony wypada zaprosić duchownego np. zaprzyjaźnionego proboszcza, a z drugiej strony o czym z nim potem rozmawiać? A co gorsza, jak to będzie, kiedy przyjdzie wypić toast za nowożeńców? Co sobie pomyśli? I znów wypada powtórzyć: i tak źle, i tak niedobrze…