Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka.

 

Jest ogień emocji, gniewu, zemsty, żalu…, który przełożony na słowa i czyny, nie przynosi dobrych owoców dla nikogo, ale straszy, wprowadza lęk, zamyka. Jest też ogień miłości, który pociąga i przemienia; dając tę samą temperaturę dobra. Jezus był daleki w swojej misji od żaru pomsty, natomiast zapowiedział i podarował nam inny ogień, Moc Ducha Świętego: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął (Łk 12,49). Właśnie ten ogień przyciągnął ostatecznie do Niego Samarytan i ma przyciągnąć do Pana nas. 

Jakub i Jan myśleli jeszcze w kategoriach Starego Przymierza, gdzie zbawienie i ocalenie narodu wiązało się z pomstą nad wrogami. W Jezusie nie ma zemsty, Mesjasz staje się ratunkiem dla każdego człowieka. Ewangelista pokazuje więc odległość, jaka dzieli serce Jezusa od mentalności apostołów. Św. Łukasz używa w opisie reakcji Jezusa na zamiar zniszczenia ogniem nieprzyjaznego miasta wyrażenia: „Odwrócił się i skarcił ich” (Łk 9,55). Nie odwrócił się od Samarytan, ale od apostołów – od ich zamiaru, pokazał, że są jeszcze daleko od pojęcia istoty Jego misji, przez którą „przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”(Łk 19,1).

Poszli więc dalej inną drogą, drogą innego ognia: łagodności i cierpliwości, oczekiwania na odpowiedź daną sercem na orędzie Mesjasza. Upłynęło trochę czasu i tak się stało. Kiedy doszli do Jeruzalem właśnie tą drogą, którą chciał Jezus i zobaczyli apostołowie, jaki Ogień trawi Jego Serce – sami nim zapłonęli.  I finał wydarzenia, które odczytujemy dzisiaj w liturgii, mamy w Dziejach Apostolskich. Samaria jako miasto uwierzyła, wielu mieszkańców przyjęło chrzest i stało się uczniami Pana. A człowiek, zajmujący się „czarną magią” w Samarii, został ewangelizatorem. Od ognia mocy niezwykłości diabelskich przeszedł do życia w Duchu Świętym: „Filip przybył do miasta Samarii i głosił im Chrystusa. Tłumy słuchały z uwagą i skupieniem słów Filipa, ponieważ widziały znaki, które czynił. Z wielu bowiem opętanych wychodziły z donośnym krzykiem duchy nieczyste, wielu też sparaliżowanych i chromych zostało uzdrowionych. Wielka radość zapanowała w tym mieście. Pewien człowiek, imieniem Szymon, który dawniej zajmował się czarną magią, wprawiał w zdumienie lud Samarii i twierdził, że jest kimś niezwykłym. Poważali go wszyscy od najmniejszego do największego: «Ten jest wielką mocą Bożą» - mówili. A liczyli się z nim dlatego, że już od dość długiego czasu wprawiał ich w podziw swoimi magicznymi sztukami. Lecz kiedy uwierzyli Filipowi, który nauczał o królestwie Bożym oraz o imieniu Jezusa Chrystusa, zarówno mężczyźni, jak i kobiety przyjmowali chrzest. Uwierzył również sam Szymon, a kiedy przyjął chrzest, towarzyszył wszędzie Filipowi i zdumiewał się bardzo na widok dokonywanych cudów i znaków (Dz 8,5-13).

Trzeba cierpliwie do końca czytać o zamiarach Boga i wypełnianiu się ich. Czytając, zapalać się innym ogniem niż ten, który łatwo zapala się poza Jezusem i Ewangelią. Wzywa nas do tego dzisiejszy patron św. Hieronim, który przełożył tekst Pisma Świętego z języków oryginalnych na łacinę, udostępniając ją wielu ludziom na nowych obszarach. Tak uświęcił go inny ogień.