Jezus i Jego uczniowie przemierzali Galileę, On jednak nie chciał, żeby ktoś o tym wiedział. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: "Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity, po trzech dniach zmartwychwstanie". Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był już w domu, zapytał ich: "O czym to rozprawialiście w drodze?" Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: "Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich". Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: "Kto jedno z tych dzieci przyjmuje w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał".

 

Każdy konflikt i wojna to wynik przegranej bitwy w nas samych. Walka toczy się w naszym sercu – myślach: służyć czy panować? Wybieramy więc mesjasza tryumfu, skutecznego i pragmatycznego, bez porażki i cierpienia, czy mesjasza wydanego w ręce ludzi, ukrzyżowanego i zmartwychwstałego? Teoretycznie łatwo wybrać. Przecież Jezus ukrzyżowany ostatecznie trzeciego dnia zwyciężył, pokonał śmierć i żyje. Jego życie było i jest życiem służby, również po zmartwychwstaniu, życiem delikatnej i skutecznej obecności w słowie Bożym i sakramentach. Tak więc teoretycznie akceptuję sposób życia Jezusa z Nazaretu, podoba mi się ten sposób życia, a nawet zachwyca mnie, praktycznie jednak nie chcę służyć i to wszystkim, cierpieć w imię prawdy, szukać ostatniego miejsca, które przeważnie jest puste.

Postawione przed uczniami dziecko i słowa Jezusa o przyjęciu go, mają być pomocą w ostatecznym zwycięstwie, w walce pomiędzy służeniem (drogą prawdziwej wielkości), a panowaniem (życiem tylko dla siebie). Rzeczywiście, każdy, kto przyjmuje dziecko, choćby na chwilę – chce być z dzieckiem, a tym bardziej wychowuje go z dnia na dzień, może doświadczyć, jaka to służba, nieskończona ilość sytuacji rezygnacji z siebie, swoich planów. Dziecko potrzebuje uwagi, walczy o nią, potrzebuje miłości, czasu, wstawania do niego w nocy... Dziecko wyczuwa, czy chcemy z nim być, towarzyszyć w zabawie i każdej chwili życia, czy po prostu zbywamy go. To szkoła służby, ale i coś więcej; Jezus mówi, że jest to przyjęcie Jego oraz samego Ojca.

Ostatecznie Jezus przygarnia dziecko, które jest w nas. Ucznia, który akceptuje swoją ograniczoność, ponieważ przyjmuje ograniczoność innych, dziecko, które widzi potrzeby innych i nie boi się im służyć. Jezus przygarnia dziecko, które przestaje walczyć, ponieważ wszystko, czego poszukiwało, odnalazło. Chętnie więc Jezus przebywa z dziećmi i pomaga im dorastać do nieba.