Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: "Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?" I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: "Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony". I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

 

Jak łatwo nam chrześcijanom lekceważyć Jezusa i często tego nie zauważając. Jak łatwo mi to przychodzi. Nie zwracać uwagi w ciągu dnia na Jego obecność, będąc zaaferowanym swoją pracą, problemami. Jak łatwo zbagatelizować Jego codzienne Słowo, które przecież jest żywe!!! Można czytać Ewangelię i wcale nią nie żyć. Tyle razy już to czytałem więc oswajam się z cudami, które kiedyś czynił Jezus. Trudno mi przychodzi ocknąć się z tego marazmu przyzwyczajenia, że właśnie teraz, w moim życiu, On chce uczynić cud, ale nie robi tego, bo nie znajduje we mnie wiary.