Nie znoszę pakowania. Zostawiam tę czynność na ostatnią chwilę. Najlepiej, jak nikogo nie ma w domu albo wszyscy już śpią. Wolę złościć się i frustrować w samotności, bez świadków. I choć wcześniej robię listę, to i tak zawsze o czymś zapominam. 

Na szczęście to nie problem. Nie podróżuję do dżungli ani na bezludną wyspę, więc braki mogę szybko uzupełnić. Zazwyczaj zresztą wyjeżdżam na chwilę, góra tydzień, dwa, i po problemie. Wracam do domu, do tego, co lubię, co jest dla mnie ważne. To, o czym zapomniałam, czeka gdzieś na stole w kuchni czy salonie. Choć wakacje za pasem i warto już wśród notatek odgrzebać dyżurną listę wyjazdową, to dziś inaczej myślę o pakowaniu. Dziś myślę o tych wszystkich małych walizkach, do których w jednej chwili trzeba było spakować całe dotychczasowe życie. Może tylko na kilka dni? A może na zawsze? Myślę o ich właścicielkach (bo to zazwyczaj kobiety je ciągnęły) uciekających przed wojną, czasem w dramatycznych okolicznościach, z narażeniem życia, pod lecącymi bombami. Myślę o tych wszystkich, którzy gdzieś po drodze musieli część rzeczy zostawić, bo było za ciężko. Myślę o tych, którzy pod presją czasu podejmowali decyzję, co zabrać, żeby przeżyć.

Od początku wojny w Ukrainie sama sobie stawiałam pytanie: co ja bym zabrała w takiej sytuacji? Dokumenty – na pewno, telefon i komputer – na pewno, bo to narzędzia służące do pracy. I jeszcze ładowarki i różne kable, dzięki którym mogę być w łączności z bliskimi. Ulubione ubrania? Mogłyby się nie zmieścić. Zresztą, czy tak naprawdę wiele nam ich potrzeba? Książki? Jest ich tyle, że trudno wybrać. Zawsze mam z tym problem, bo wszystkie chciałabym przeczytać. Ta najważniejsza – Pismo Święte – jest na szczęście w wersji cyfrowej w telefonie. Nie trzeba nosić. Ale jest wiele innych, ważnych, z podkreślonymi cytatami, jakimiś notatkami na marginesie, do których chętnie wracam. Są też te nowe, odkładane na później, którego może nie być. Zdjęcia? Wiele na szczęście gdzieś w wirtualnej chmurze, ale wiele jeszcze w rodzinnych albumach, w których zawsze tak miło szeleścił pergamin. Rodzinne pamiątki po mamie, babci? Są mi bliskie, ważne dla mnie, może wielkiej wartości materialnej nie mają, ale za to ogromną emocjonalną. Ukochane kolczyki – wiele z nich to prezenty od męża, kupowane gdzieś na wspólnych wyjazdach. Każda para ma swoją historię. Pamiątki od dzieci przygotowywane na Dzień Mamy, laurki? To wszystko jest takie ważne, bo budowało i buduje nasze relacje. Ta lista jest znacznie, znacznie dłuższa, ale miejsca w walizce coraz mniej. A jeszcze tyle innych rzeczy chciałabym spakować, bo jestem z nimi tak bardzo emocjonalnie związana. Ciągle jeszcze brakuje mi takiej wolności, żeby się od tego uwolnić. Choć wiem, że to nie rzeczy są istotne, tylko więzi i relacje, to jednak trudno byłoby mi się z nimi rozstać. 

Zdaję sobie sprawę, że to rozważania czysto teoretyczne. W sytuacji podbramkowej, kiedy byłoby zagrożone życie moje i moich bliskich, pewnie nie miałabym czasu na sentymenty. Zresztą nikt by ich ode mnie wtedy nie oczekiwał. Do walizki wrzuciłabym na szybko kilka niezbędnych rzeczy i tyle. Może jakieś drobiazgi gdzieś na spodzie przypominałyby mi o tych wszystkich ważnych pamiątkach, które trzeba było zostawić. A jeszcze tak bardzo chciałabym zamknąć zapach domu, tego miejsca, które jest tak moje i które daje mi poczucie bezpieczeństwa. Może się da? Może choć na chwilę? 

Sto dni wojny. Miliony spakowanych walizek. Miliony spakowanych żyć. A w Twojej walizce co by się znalazło?