Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami”. Na ich widok rzekł do nich: „Idźcie, pokażcie się kapłanom”. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: „Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec”. Do niego zaś rzekł: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła”.

 

Jezus dzisiaj mówi o uzdrowieniu, które dotyka głębi serca, ducha. Prowadzi do "nowego życia" – życia w dziękczynieniu Ojcu. Widzę w swoim życiu, jak trudna i długa to droga – ciągła nauka. Jak nie w mojej ludzkiej naturze jest wciąż myślenie o Ojcu, o Jego hojności, o tym, jak jest dobry bez względu na to, czy coś idzie po mojej myśli, czy nie. Bardziej skłonna jestem do postawy "a to mi się należy, to powinnam mieć", do koncentracji na tym, czy mi dobrze i jak zrobić, by było lepiej. Więc potrzebuję wpatrywać się co dzień w postać tego "trędowatego", szukać go w sobie, prosić o uzdrowienie i uczyć się wciąż dziękować, ufać, że nawet gdy się wali wszystko, gdy nie idzie po mej myśli, to mój Ojciec z tego wszystkiego i tak wyprowadzi dobro.