Jezus mówił do tłumów: "Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. Gdy zaś plon dojrzeje, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo". Mówił jeszcze: "Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki podniebne gnieżdżą się w jego cieniu". W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli ją rozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom.

 

Jezus mówił, a Jego słowo spoczywało na glebie duszy człowieka. Ogłaszał nową perspektywę życia i to właśnie słowo zaczynało pracować w życiu słuchaczy. Usłyszeć nawet wtenczas, gdy brakuje chęci. A może bardziej wołać: Jezu, wprowadź w moje życie Twoje słowo w taki sposób, aby mnie poruszało i pobudzało do odpowiedzi. Pytam czasami podczas odwiedzin kolędowych o ulubiony fragment z Biblii. O wiele łatwiej usłyszeć można odpowiedź na pytanie o ulubiony rodzaj kawy, perfum itd. Czy zatem jestem zdolny do owego zasłuchania? Czy wierzę w to, że na mocy chrztu świętego jestem otwarty na Boga, mówiącego do mnie?

Kilka dni temu opowiadała mi parafianka o uczuciu złości, które jej towarzyszyło, gdy pewnego razu podczas spowiedzi kapłan zadał jej jako pokutę przeczytanie dwóch rozdziałów z Ewangelii. Po ich przeczytaniu przewertowała jeszcze kolejne strony i kolejne, i tak została z Biblią w codziennej lekturze. Jezus mówił, mówi i będzie mówił, a słowo to będzie nieustannym zaproszeniem do owocnego zasłuchania.