Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: „Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy”. Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. Lecz przełożony synagogi, oburzony tym, że Jezus w szabat uzdrowił, rzekł do ludu: „Jest sześć dni, w które należy pracować. W te więc przychodźcie i leczcie się, a nie w dzień szabatu”. Pan mu odpowiedział: „Obłudnicy, czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu lub osła od żłobu i nie prowadzi, by go napoić? A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi, nie należało uwolnić od tych więzów w dzień szabatu?” Na te słowa wstyd ogarnął wszystkich Jego przeciwników, a lud cały cieszył się ze wszystkich wspaniałych czynów, dokonywanych przez Niego.

 

Zaskakuje mnie w dzisiejszym fragmencie ewangelicznym to, że kobieta, którą Jezus uzdrowił, wcale Go o to nie prosiła... Zazwyczaj w Ewangelii jest tak, że chory kieruje prośbę do Jezusa, albo ktoś bliski czy znajomy prosi za człowieka chorego. A tu Jezus wszedł do synagogi, zobaczył potrzebę i jej zaradził. Sam jestem ciekaw jakimi motywami się kierował? 

A druga sprawa, która zwróciła moją uwagę, to "zazdrość" przełożonego synagogi. Nie ważne, że wydarzyło się coś niezwykłego, że ktoś odzyskał zdrowie, a najgorsze staje się to, że przy okazji zostały złamane przepisy. Widzę, że i my we wspólnocie kościelnej bardzo często koncentrujemy się na "przecinkach", kłócąc się o błahe rzeczy. Z jakiś powodów nie potrafimy spojrzeć szerzej i popatrzeć czy mimo formalnego złamania jakiegoś przepisu, nie dzieje się jednak większe dobro.