Kiedy zostajesz rodzicem, z utęsknieniem nasłuchujesz, kiedy Twoje dziecko po raz pierwszy wypowie słowa „mama” czy „tata”. Zupełnie inaczej na te słowa reagujesz, kiedy nagle stajesz się rodzicem dla swojego… rodzica i słyszysz je od niego. 

To nie jest wydumana sytuacja. Wielu z nas stanęło lub stanie przed takim wyzwaniem. Emocjonalnie bardzo trudnym. Czasem to jest pewien proces, kiedy powoli możemy oswajać się z nową sytuacją, a czasem dzieje się to nagle. Niemal z dnia na dzień. Jedna chwila, wypadek i wszystko się zmienia. Na własnej skórze doświadczyliśmy tego drugiego scenariusza, gwałtownego, nagłego, zupełnie niespodziewanego. Jednego dnia mama była zdrowa, w miarę sprawna i samodzielna, a następnego, kiedy tylko wyszła po zakupy, upadła, złamała nogę i momentalnie pojawiły się w jej głowie zmiany demencyjne. Zaczęła żyć we własnym świecie. Teraźniejszość myliła się jej z przeszłością, fantazja z rzeczywistością, a jawa przeplatała się ze snem. W tym dziwnym świecie, którego sama nie rozumiała, do którego my również nie potrafiliśmy znaleźć klucza, nie było już dzieci, wnuków, a jeśli się pojawiały, to w zupełnie innych rolach. Syn był nagle obcym mężczyzną, córka obcą kobietą, a synowa została mamą… mamy. Przez cały czas choroby tak się do niej mama zwracała. Choć miała prawie osiemdziesiąt lat, czuła się jak mała dziewczynka, którą mama karmi, przebiera, pielęgnuje. I tak bardzo potrzebowała poczucia bezpieczeństwa tak gwałtownie odebranego przez chorobę. 
    
Nie tylko dla synowej, ale także dla całej rodziny, była to sytuacja bardzo trudna. Strach nas paraliżował, kiedy trzeba było wkroczyć, oczywiście najdelikatniej jak tylko można było, w sferę intymną. Złościliśmy się na siebie, że nie dopilnowaliśmy, żeby mama nie wychodziła. Ale najgorsza w tym wszystkim była bezradność i bezsilność wobec postępujących zmian. Nie mieliśmy cudownego lekarstwa ani czarodziejskiej różdżki, które by sprawiły, że zmiany się cofną albo przynajmniej przestaną się z dnia na dzień pogłębiać. Mogliśmy tylko bezradnie patrzeć, jak choroba pustoszy silną i zdecydowaną kobietę. Jak z każdym dniem mama kuli się w sobie niczym w kokonie, bo tak bardzo przeraża ją świat wykreowany w głowie, zupełnie inny od tego realnego, w którym tak wiele osób chciało mamie nieba przychylić i ulżyć w cierpieniu tak fizycznym, jak i psychicznym.     
    
Te wszystkie trudne doświadczenia wróciły do mnie po latach pod wpływem pewnej lektury. Dziedzictwo Philipa Rotha to przejmująca opowieść autora o towarzyszeniu w śmiertelnej chorobie osiemdziesięciosześcioletniemu ojcu, mężczyźnie, który przez całe swoje życie był osobą bardzo aktywną, pełną wigoru i zapału. Na jego oczach ojciec gaśnie, zmienia się w swoje całkowite przeciwieństwo, nic go w zasadzie nie cieszy, nic już mu nie sprawia radości. Parę lat wcześniej owdowiał i w zasadzie od tego czasu jego życie bardziej przypominało wegetację. „Ten człowiek był niepozorną, pokurczoną istotą, ze zmiażdżoną twarzą i czarną patką na oku; siedział w całkowitym bezruchu, niemal niemożliwy do poznania, nawet dla mnie” – charakteryzuje chorującego ojca Philip Roth. Bo choroba bywa bezwzględna. Na nic nie patrzy, tylko sieje spustoszenie i tak zmienia ludzi, że czasem trudno nawet własnym dzieciom poznać własnego rodzica. 
    
Książka, o której piszę, to nie fikcja literacka. To przede wszystkim bardzo szczery i osobisty zapis emocji syna, jego lęku i niepewności w związku z nową, trudną sytuacją. „W samotności, kiedy zbierało mi się na płacz, płakałem, nigdy zaś nie chciało mi się bardziej płakać niż wtedy, gdy wyjąłem z koperty serię zdjęć jego mózgu – nie dlatego, że od razu mogłem rozpoznać guz, który tam rósł, ale dlatego, że był to jego mózg, mózg mojego ojca, to coś, dzięki czemu myślał tak ociężale, jak myślał, mówił z taką przesadą, z jaką mówił, wnioskował tak emocjonalnie, jak wnioskował, i podejmował decyzje pod wpływem impulsu” – pisze autor Dziedzictwa. To towarzyszenie w chorobie, zmaganie się z nią przepełnione jest nie tylko negatywnymi emocjami związanymi z zaistniałą sytuacją, ale także ogromną miłością dorosłego syna do będącego u kresu życia ojca. A skoro jest miłość, to pojawia się także bezradność.
    
Choć świetnie napisana, nie jest to łatwa książka. Warto jednak się z nią zmierzyć, szczególnie kiedy sami mieliśmy podobne doświadczenia.