Jezus tak wołał: «Ten, kto we Mnie wierzy, wierzy nie we Mnie, lecz w Tego, który Mnie posłał. A kto Mnie widzi, widzi Tego, który Mnie posłał. Ja przyszedłem na świat jako światłość, aby nikt, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności. A jeżeli ktoś słyszy słowa moje, ale ich nie zachowuje, to Ja go nie potępię. Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat potępić, ale by świat zbawić. Kto Mną gardzi i nie przyjmuje słów moich, ten ma swego sędziego: słowo, które wygłosiłem, ono to będzie go sądzić w dniu ostatecznym. Nie mówiłem bowiem sam od siebie, ale Ojciec, który Mnie posłał, On Mi nakazał, co mam powiedzieć i oznajmić. A wiem, że przykazanie Jego jest życiem wiecznym. To, co mówię, mówię tak, jak Mi Ojciec powiedział».

 

W dzisiejszej Ewangelii Jezus objawia nam swoją najintymniejszą tajemnicę: sposób swojego istnienia, swojej egzystencji. A jest nim komunia z Ojcem, nawet nie tyle jedność z Ojcem, co komunia w Ojcu. Wyraża się ona w tym, że patrząc na Jezusa, widzimy Ojca, wierząc w Jezusa, wierzymy w Ojca, słuchając Jezusa, słuchamy Ojca. I Jezus, i Ojciec są odrębnymi Osobami, ale nie zamykają się w swoim indywidualizmie. Odnajdują pełnię swojego życia nie w sobie, ale w komunii z Drugim, nie w afirmacji siebie, ale wskazując przez siebie na Drugiego. Okazuje się to być pełnią życia, a nie jego ograniczeniem, ubezwłasnowolnieniem. Osoby w Trójcy Świętej żyją na sposób wzajemnego daru z siebie, co św. Jan Apostoł określa jednym słowem: „Bóg jest miłością” (1 J 4, 16). To właśnie miłość jest taką komunią, takim sposobem życia „w formacie” daru z siebie.

Do takiego życia powołał Bóg także nas. Jezus mówi o sobie, że przyszedł na świat jako światłość, aby wierzący w Niego nie pozostawali w ciemności. To Jezus jest jedynym objawieniem Ojca. On nie tylko nas o Nim pouczył, ale stał się Słowem wcielonym, a więc pokazał Go nam całym swoim życiem, opowiedział nam o Nim całym swoim człowieczeństwem. Dlatego odrzucając Jezusa, odrzucamy Ojca. Jezus nigdy wtedy nas nie osądza, nie gniewa się na nas, nie odwraca się do nas plecami. Sądu nad nami dokonujemy my sami, nasze wybory, nasze postawy niewiary wobec tej światłości, jaką jest Chrystus. Jeśli człowiek odrzuca więź z Chrystusem, nie wchodzi z Nim w komunię, zostaje sam, nie pozwala się oświecić światłem „z wysoka”, zamyka się w swoim indywidualizmie i nie ma życia Bożego w sobie. Tym samym nie może powiedzieć, że poznał miłość. A jaki sens będzie miało nasze życie, jeśli u jego kresu nie będziemy mogli powiedzieć, że „myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam” (por. 1 J 4, 16-19)?