Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: «Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. A wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy jesteście braćmi. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony».

 

„Rabbi... nasz Rabbi...” – zwracał się do mnie w czasie studiów jeden z moich portugalskich współbraci. Wyczuwałem w tym określeniu szczyptę humoru, odrobinę szacunku dla powagi studiów, z którymi przyszło mi się mierzyć, a może nawet nutę podziwu, kiedy całym sobą wyrażałem fascynację kulturą Biblii Hebrajskiej. Z czasem zauważyłem, że lubię, kiedy ktoś – choćby w żartach – zwracał się do mnie w ten sposób. 

Rabbi, Nauczyciel, Ojciec, Mistrz – określenia piękne i dobre same w sobie. Stać się mogą pułapką, kiedy zapomnę, że Jeden jest – Rabbi, Nauczyciel, Ojciec, Mistrz...