Na plebanii klucze nie ginęły, tylko po prostu znajdowały się u Leśnego. Czasem na jego biurku – pośród nut i notatek, ale częściej w jego kieszeni, gdy motorem przejeżdżał przez szczecińskie ulice na Bulwar Gdański do kalkucianek albo na Niebuszewo z Komunią do mamy. Zresztą Leśny cały czas był w drodze. I na drodze. Zabierał nas na liturgie pokutne do swojej wspólnoty neokatechumenalnej; wciąż formacja, wciąż nawracanie się. Teraz ruszył w tę drogę do wieczności, już tak bardzo do Pana Jezusa, a ja od kilku godzin próbuję zatrzymać choć kilka wspomnień, tak jak próbuje się złapać okruchy snów tuż po przebudzeniu.

Na ścianie swojego pokoju Leśny powiesił trochę starych kluczy (te akurat się nie gubiły, choć czasem odpadały), w rogu namalował skulonego św. Piotra. Namalował też obraz Jezusa Miłosiernego, który wita teraz każdego, kto wejdzie na plebanię na Zawadzkiego. Przy tym obrazie modliliśmy się razem pandemicznymi Mszami transmitowanymi – najczęściej we dwóch, Piotr śpiewał, ja odprawiałem. Miał w głosie dużo wrażliwości na Pana Boga, rozumiał to, co śpiewał. I starał się, żeby inni też to ogarniali – i w nutach, i w sercu. Na Zawa prowadził dwie schole, a na poprzednich parafiach jakieś niezliczone ilości głosów przewinęły się przez zespoły, które koordynował. Miał w sobie pasję, która inspirowała i przyciągała innych.

Poznałem go właśnie przez pasję – a raczej przez Pasję. Pierwszy rok seminarium. Jako chór seminaryjny mieliśmy wspomóc jakiegoś księdza z katedry i włączyć się w śpiewanie Męki Pana Jezusa. Przyjechał wysoki, łysy ksiądz, który od samego początku kazał nam zapomnieć o „seminaryjnym” sposobie śpiewania i wykrzesał z nas dźwięki, o które się nie podejrzewaliśmy. Rok później byłem pod wrażeniem Grobu Pańskiego, który przygotował w katedrze – wysoko nad monstrancją wyświetlała się animacja: z krzyża tryskały niby krople, niby ziarna, które po zetknięciu z ziemią, wyrastały w trawę i drzewa. Śmierć, która niesie życie. 

Najwięcej jednak wspomnień mam z Zawadzkiego, tam przecież przez trzy lata razem posługiwaliśmy. Jeszcze przed moim przyjazdem, Leśny przez telefon tak szczerze wyraził radość na wieść o tym, że będziemy razem w Ottonie, że dodało mi to otuchy. Przez trzy lata z radością mogłem obserwować, jak ksiądz, który przecież dwudziestą piątą rocznicę święceń miał za sobą, wciąż się stara, próbuje, jak wprowadza w życie najbardziej szalone pomysły. Były noce zarywane przy robieniu niebanalnych szopek, były comiesięczne muzyczne uwielbienia, a przede wszystkim – nieustanna gotowość. Do głoszenia słowa, do prowadzenia rekolekcji, do zastępstw w obowiązkach, do organizowania kolejnych akcji. Jasne, czasem nie ogarniał terminów, czasem pluł sobie w brodę, że zgodził się na coś, choć szło zmęczenie. Udawało nam się nawzajem pomagać sobie tak po prostu – Leśny czasem wziął za mnie Mszę w szkole, ja za niego jechałem do sióstr. Nie było z takimi sprawami kłopotu. Miał w sobie cały czas jakąś gorliwość neoprezbitera – i choć czasem na jego niezorganizowanie lub niektóre pomysły patrzyłem z dystansem – to za tę gorliwość i płonący w sercu ogień niesamowicie go ceniłem i podziwiałem.

Próbuję zebrać myśli i widzę całą kolekcję witrażyków wspomnień, małych rzeczy: ogłoszenia szybko kreślone „leśną czcionką”, zaproszenie do scholii wymalowane na wolnostojących drzwiach, Ottonowe Warsztaty Muzyczne, wspólne chwile na liturgii w neo, zwykłe rozmowy przy śniadaniu. Bardzo dobrze gotował, super grał na gitarze, mówił dobre (czasem intensywne) kazania. Umiał wypychać innych do przodu i pomagał im rozwijać talenty, sam tego nieraz doświadczyłem. Szybko wkręcał się w dobre pomysły innych, jeszcze szybciej w świetną nowo poznawaną muzykę (pamiętam zapał, z jakim opowiadał o koncercie Korteza). Nazywaliśmy go na plebanii „Cieślą”, bo wciąż coś budował i składał – jak nie szopkę przed kościołem, to wielką altanę za plebanią.

To Leśny wymyślił słynny baner „Tęsknimy za Wami – Wasi księża”. Lubił być księdzem, lubił duszpasterzować, być wśród ludzi. Nawet, gdy coś bolało, to po prostu działał. I pewnie teraz, jak już Pan Bóg go weźmie do nieba, to będzie działał dalej.

Ks. Wojciech Koladyński