Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: «O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi! Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą, a nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia».

 

Są takie sceny w Ewangelii, kiedy szczególnie uwidacznia się ludzka twarz Boga, kiedy widzimy Jezusa doświadczającego dobrze nam znanych emocji. Jezus, który się śmieje rozradowany w Duchu Święty, Jezus, który z gniewem rozgania kupców w świątyni, Jezus ze zmęczenia usypiający w łodzi, Jezus cierpiący po stracie przyjaciela. A nawet, jak w dzisiejszym czytaniu, Jezus płaczący.

Często takie uleganie emocjom traktujemy jako przejaw słabości czy bezsilności. Chcielibyśmy swoje emocje ukryć, odciąć się od nich. Pracując z dziećmi, obserwuję, jak wielkim staje się to problemem. Nie umiemy emocji nazywać, nie umiemy ich przeżywać, nie umiemy sobie z nimi radzić. A przecież nasze emocje są bardzo ważną częścią naszego człowieczeństwa, darem od Boga dla nas. Sam Jezus ich doświadczał i je okazywał. Może teraz, w tym – nie oszukujmy się –trudnym czasie pozwólmy sobie na przeżycie tych słabości. Pozwólmy sobie zapłakać nad tym, co nas porusza do głębi… A Jezus będzie płakał razem z nami.