Od kilku lat towarzyszymy młodym ludziom w przygotowaniu do sakramentu małżeństwa podczas kursów przedmałżeńskich. Nazwa ta jest, moim zdaniem, mało adekwatna, bo trochę zakłada ona, że podczas tych kilku czy kilkunastu spotkań narzeczeni dowiedzą się, jak zbudować dobre, szczęśliwe i trwałe małżeństwo. Albo że dostaną gotowy przepis, jak to zrobić. Niczym na kursie szycia czy gotowania. Gdyby tak rzeczywiście było, udałoby się w ten sposób rozwiązać problemy przynajmniej połowy świata. Ale tak nie jest. Narzeczeni przychodzą na kurs w większości po to, żeby dostać pieczątkę i podpis, szybko zaliczyć, zapomnieć i zająć się ważniejszymi sprawami, bo tych przecież przed ślubem nie brakuje. Sala weselna, goście, dekoracje, o sukni ślubnej nie wspominając. Przygotowania mogą rzeczywiście być wyczerpujące. Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że przychodzą też osoby, które bardzo poważnie traktują swoje przyszłe małżeństwo, chcą się dobrze przygotować do wspólnego życia, wiele ważnych rzeczy przedyskutować, zanim powiedzą sobie sakramentalne „tak”. A czasem po prostu chcą uniknąć błędów rodziców, bo widzą, że tych po wielu wspólnych latach nie łączy nic prócz dzieci, które właśnie wychodzą z domu. Tym większa odpowiedzialność spoczywa na nas, którzy na różne sposoby towarzyszymy tym młodym ludziom na drodze ich przygotowania do małżeństwa.
    
Tych kilka spotkań podczas każdego z kursów pozwala nam z młodymi poruszyć wiele tematów dotyczących ich przyszłego życia, seksualności, wizji rodziny. A może nawet nie tyle poruszyć, bo nie chcemy im narzucać żadnego modelu życia rodzinnego, ile zachęcić ich do tego, by sami sobie odpowiedzieli na pytanie, jakie mają oczekiwania w związku z przyszłym małżonkiem, czy ich wizje wspólnego życia są zbieżne, na jakich fundamentach chcą budować swoją rodzinę, czy odcięli psychiczną pępowinę ze swoimi rodzicami i gotowi są wyjść z domu, a ich rodzice gotowi są wypuścić dzieci spod swoich skrzydeł (to bardzo istotne zagadnienie, doświadczenie wielu małżeństw pokazuje bowiem, że niezgoda rodziców na ich małżeństwo może je po prostu zrujnować). Zachęcamy ich do tego, by o tym rozmawiali jeszcze przed ślubem, by w przyszłości uniknęli rozczarowania, a w konsekwencji rozwodu. Nie przekonujemy tych młodych ludzi, że małżeństwo to tylko motyle w brzuchu i codzienna kawa do łóżka (świetnie, jak tak jest), bo to by była jakaś skrajna naiwność czy najzwyklejsza głupota. Opowiadamy im o kryzysach, o trudnościach, ale też i o tym, że wiele zawirowań można przejść wspólnie i wyjść z tego silniejszym. Opowiadamy o tym, że małżeństwo wymaga pracy nad relacją, każdego dnia, od samego początku, bo jeśli założą, że jakoś to będzie, to wcześniej czy później może się okazać, że jednak nie będzie. A zamiast pięknej miłości i silnej więzi, której po prostu nie zbudowali, łączy ich co najwyżej kredyt. I znów rozczarowanie, bo przecież nie tak miało być. Inaczej sobie wyobrażali to wspólne życie.
    
Świetnie, że kursy przedmałżeńskie w coraz większej liczbie parafii prowadzą małżonkowie. Ich doświadczenie jest bezcenne. Szkoda jednak, że ich (nasze) zaangażowanie na tym się kończy, bo często w parafiach nie ma żadnej propozycji dla małżeństw, a już szczególnie dla młodych małżeństw. Potrzebę stworzenia takiego duszpasterstwa, otoczenia szczególną troską młodych małżonków dostrzega na przykład papież Franciszek. W encyklice „Amoris laetitia” pisze wprost o tym, że towarzyszenie duszpasterskie doświadczonej pary jest bardzo przydatne, szczególnie kiedy bliscy są daleko albo sami mają problemy z własnymi małżeństwami. Pary małżeńskie, które przeżyły ze sobą wiele lat, które doświadczyły niejednego kryzysu, są dowodem na to, że trudności, które pojawiają się w każdym małżeństwie, nie muszą prowadzić do pochopnych decyzji, choćby tych dotyczących rozwodu. Mądre towarzyszenie może być niczym plaster na ranę. Warto o tym myśleć, szczególnie w sytuacji, kiedy wiemy, że statystycznie rozpadnie się co trzecie małżeństwo zawarte nawet po najlepszym kursie przedmałżeńskim.