Gdyby do mojego domu przyszedł Jezus, to czy umiałabym wszystko zostawić i tylko Jego słuchać? Zdecydowanie nie. Zapewne jak Marta krzątałabym się, szykowała posiłek, interesowała się, czy gościowi niczego nie brakuje. Nawet gdybym na chwilę usiadła obok, to i tak zaraz wróciłabym do swoich obowiązków, do dreptania, poprawiania, szykowania. Bo przecież gościa trzeba przyjąć, nakarmić i napoić. Nie wiemy, czy wizyta Jezusa w domu sióstr była zaplanowana, czy też może Jezus spontanicznie wszedł do zaprzyjaźnionego domu, bo wiedział, że kobiety będą na Niego czekać. I każda na swój sposób ucieszy się z tej wizyty. Jedna, niczym poważna gospodyni, przygotuje posiłek i po prostu przyjmie Jezusa pod swój dach, druga z kolei będzie Go słuchała, wejdzie z Nim w relację, w bliskość.

Marta myśli o tym, jak przybysza ugościć. Maria chce Go słuchać. Marta chce Go nakarmić przygotowanym pożywieniem, Maria chce się karmić Jego słowem. Nie zważa na siostrę, która z każdą chwilą irytuje się coraz bardziej. Bo przecież tyle jest do zrobienia, tyle jeszcze rzeczy do przygotowania, tylu ludzi do nakarmienia (bo zapewne z Jezusem byli także uczniowie), a ta Maria tylko siedzi i na pierwszy rzut oka nic nie robi. Ta frustracja Marty jest mi bardzo bliska. Doskonale rozumiem jej złość, irytację, wręcz poczucie niesprawiedliwości. Sama wielokrotnie doświadczałam podobnych emocji.

Bardzo dużo czasu zajęło mi zaakceptowanie faktu, że mój mąż rano się modli. Ile awantur z tego tytułu wybuchało w domu. Ile wypowiedziałam zbędnych słów. Nie mogłam zrozumieć, że rano, kiedy tyle rzeczy jest do zrobienia, a czas biegnie zdecydowanie za szybko, on siedzi w fotelu z różańcem czy Pismem Świętym w ręku. Podejrzewałam go nawet o pewną złośliwość albo ucieczkę od domowych obowiązków. Wielokrotnie czułam się jak ta ewangeliczna Marta, pełna żalu i pretensji, wołająca: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła”. Mogę sobie tylko wyobrazić, że słowa te wypowiadane były niekoniecznie sympatycznym tonem, pełno w nich było żalu i pretensji. Po ludzku całkowicie zrozumiałej. I pewnie dalej pielęgnowałabym to swoje rozżalenie, poczucie niesprawiedliwości i krzywdy, gdyby nie jedno zdanie przeczytane w wywiadzie Piotra Zworskiego z ks. Michałem Olszewskim. Tych parę słów otworzyło mi oczy i dzięki nim zrozumiałam, że taka postawa jak ta mojego męża czy Marii z Ewangelii wg św. Łukasza nie wynika ani z egoizmu, ani tym bardziej z lenistwa. Ksiądz Michał, mówiąc o modlitwie, podał przykład modlącego się mężczyzny. Zauważył przy tym, że ten człowiek w ten sposób robi ogromnie ważną rzecz dla swojej rodziny. Swoją poranną modlitwą on jej po prostu daje siły na cały dzień. Dla mnie to były słowa bardzo odkrywcze, a zarazem bardzo wyzwalające. Dzięki temu nie musiałam już martwić się i niepokoić o wiele. Nie musiałam się złościć i irytować, bo zrozumiałam, że siłę z modlitwy męża czerpię także ja. Złość i irytacja przestały aż tak bardzo mnie męczyć. Niemniej jednak wiele pracy musiałam włożyć, by poskromić te wszystkie przykre emocje, które przez całe miesiące, jeśli nie lata, kumulowały się we mnie.

Kiedy myślę o tych dwóch kobietach – jednej spokojnej, zasłuchanej i wpatrzonej w Jezusa, a drugiej krzątającej się, nerwowej i zirytowanej – przypominam sobie Jego słowa: „potrzeba mało albo tylko jednego, Maria obrała lepszą cząstkę, której nie była pozbawiona”. Marta też ma taką szansę. Bo przecież nasza codzienność to także modlitwa. „Nasza codzienność jest więc drogą, którą przemierza Słowo. Przemierza każdy dzień i noc od pierwszej do ostatniej godziny” – pisze ks. Krzysztof Wons SDS. I dodaje, że najistotniejsze jest przebywanie ze Słowem. To jest ta najlepsza cząstka. Ufam, że kiedyś Jezus da mi łaskę choć przez chwilę bycia Marią. Bez wyrzutów sumienia, że się nie krzątam jak Marta.