Po ludzku Luiz miał wszystko, czego potrzeba mężczyźnie. Wśród Polek nie miałby najprawdopodobniej najmniejszych problemów z powodzeniem. Jako rodowity Wenezuelczyk przyciągałby wzrok już samą tylko karnacją. A jak dodamy do tego jeszcze sportową sylwetkę, silną postawę ciała, twarde mięśnie sportowca… Wyjdzie nam mix doskonały. Zresztą… Gdy któregoś dnia podczas śniadania klepnąłem go na powitanie w ramię, sam się mocno zdziwiłem. Facet miał ciało jak z żelaza. Twarde niczym kamień.

– Luiz, a ile ty masz lat? – zapytałem.
– A ile byś mi dał? – odparł prowokująco.
– Jakoś pod trzydziechę…
– Osiemnaście – odparł z zupełnie stoicką miną.
– Bez jaj! – wybuchłem śmiechem.
– No dobra. Dwadzieścia siedem. Przecież nie mogłem dać ci satysfakcji, że zgadłeś tak do razu! – uśmiechnął się.

Tak było za każdym razem, gdy z nim rozmawiałem. Za każdym. Poważna mina i robienie sobie żartów na prawo i lewo. Przy mojej nikłej znajomości hiszpańskiego byłem dla niego idealnym wręcz materiałem do żartów. A i mnie ta rola jakoś specjalnie nie przeszkadzała. Z jednej bowiem strony nasze rozmowy pełne były żartów, ironii i przekomarzania się. Ale z drugiej strony od początku dnia miałem gwarancję kontaktu z człowiekiem o niegasnącym uśmiechu. A co najważniejsze: z pomocną, wręcz służebną dłonią.

Były jednak momenty, w których wszystko to stawało się przeszłością. Odchodziło w niebyt. Zastygało.

– To, co? – zwrócił się w ciągu dnia do mnie i dwóch swoich kuzynów. – Pomodlimy się wspólnie, nie? Różańcem.

To właśnie był ten czas. Moment, w którym Luiz przyjmował inną pozę. Zmieniał się wyraz jego twarzy. Poważniał. Siadaliśmy wówczas w jego ulubionej kaplicy w Finca de Betania. Albo po prostu przy wspólnym okrągłym stole. Tym samym, przy którym spożywaliśmy na co dzień posiłki. Albo wyciągaliśmy różańce podczas wspólnej jazdy samochodem. Nie trzeba było być pilnym obserwatorem, aby zauważyć, że ta wenezuelska rodzina po prostu lubi modlić się razem. W grupie. Jakby ich to napędzało. Pociągało jednego z drugim. Któregoś dnia Luiz zawołał też mamę. Objął, utulił, wycałował. Nie miał z tym najmniejszego problemu. W najmniejszym stopniu nie przeszkadzała mu też moja obecność.

– Dios te salve, María, llena eres de gracia, el Señor es contigo. Bendita tu eres entre todas las mujeres, y bendito es el fruto de tu vientre, Jesús… – mówili zawsze wszyscy. Zawsze głośno i bez szemrania. Półgodzinne spotkania na różańcu. Absolutni się niedłużące. Raczej pozostawiające w niedosycie. Bo naprawdę chciało się więcej. I więcej…

W Finca de Betania, miejscu, w którym żyła babcia tych trzech kuzynów – Maria Esperanza de Bianchini, dziś kandydatka na ołtarze – paciorki różańca prześlizgiwały się bezszelestnie i bez żadnych oporów. Tutaj modlitwa po prostu płynęła.

Słyszałem niegdyś od jednego z zakonników, że tym, co tak bardzo przyciąga kobiety w mężczyznach, jest ich czystość. Zarówno ta cielesna, jak i ta duchowa. Że kobiety to wyczuwają na odległość. Że właśnie między innymi dlatego tyle niewiast podążało za Jezusem. Szalały na Jego punkcie. Bo oprócz tego, że czynił cuda, głosił najlepsze homilie świata, to był najczystszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziały na oczy.

Pielgrzymując do wenezuelskiej groty objawień Maryi w Fince de Betania, spodziewałem się wielu rzeczy. Że poznam historię spotkań Marii Esperanzy z Matką Bożą. Że odpocznę w cieniu cudownej groty. Że pokontempluję przemienioną tutaj w mięsień sercowy Hostię. Że pozamawiam z rodziną kandydatki na ołtarze. Dużo miałem planów, dużo nadziei. Ale przez głowę mi nie przeszło nawet, że spotkam tu faceta, który pokaże mi wiele w sposób tak niewiele wymagający. Po prostu w czystej postawie. Dostałem zaś znacznie więcej.

Więcej o tej niezwykłej rodzinie oraz o miejscu, w którym żyją – już w dzisiejszym wtorkowym popołudniu na falach Radia Profeto.