Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On, usiadłszy, nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą dopiero co pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero co pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co powiesz?» Mówili to, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus, schyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem». I powtórnie schyliwszy się, pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta stojąca na środku. Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz».

 

Bardzo często, czytając dzisiejszą Ewangelią, zastanawiamy się nad dramatem kobiety przyprowadzonej przez uczonych w Piśmie. Dostrzegamy bardzo wyraźnie miłosierdzie Chrys­tusa, który wbrew ocze­kiwaniu tłumu okazał owej kobiecie miłosierdzie. Mniej uwagi po­święcamy temu, że ów gest miłosier­dzia odnosił się również do zebranych. Gdyby bezstronnie, zamiast burzyć się na zachowanie Jezusa, odczytali nau­kę, gdyby przemyśleli słowa wypisa­ne na piasku, a skierowane do nich, wyszliby z tego spotkania jako inni ludzie. Niestety, dar miłosierdzia nie został podjęty. Nie słuchali. Przypomnijmy sobie jeszcze raz słowa Ewangelii: Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy, nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przypro­wadzili do Niego kobietę… Nie było dla nich ważne, co chciał im przekazać w swoim nauczaniu. Oni, za­nim Chrystus wypowiedział pierwsze słowo, mieli już gotowy scenariusz. Postanowili poddać Go próbie. Byli tak zaślepieni swoim pomysłem, że nie chcieli zastanowić się nad słowami, które im napisał na piasku. Nie weszli z Jezusem w relację miłosierdzia. Jedni po drugim zaczęli odchodzić…

To odległe wydarzenie powie­la się w czasach nam współczesnych. Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu uczestniczy w doświadczeniu tamtych ludzi. Iluż to z nas, kiedy rozpoczyna się liturgia słowa, udaje się na myślowe wagary. Niektórzy, słuchając kazania, rozglądają się ciekawie po współucze­stnikach liturgii, domniemywając, czy czasem słowa kaznodziei nie odnoszą się do naszego sąsiada. Nieraz uzna­jemy, że słowa Ewangelii są mało interesujące i przestajemy słuchać.

Przed kilku laty podczas transmisji Mszy Świętej na antenie Polonii zaproszono wiernych, by przynieśli na Eucharystię egzemplarze Pisma Świętego. W czasie liturgii czytań wpa­trywali się w czytany przez lektora tekst. Po Ewangelii diakon zaprosił słuchaczy do ucałowania Księgi Świę­tej, podobnie jak po Ewangelii czyni to kapłan. Wzruszający to był moment, kiedy ludzie z namaszczeniem całowa­li Księgę, całowali Słowo, które do nich dotarło. Ten pocałunek czynił z usły­szanych prawd własność słuchacza, która domaga się pielęgnowania, me­dytowania i realizowania. Słowa Ewangelii muszą być nasze. One mu­szą stać się nasze, nie wolno odnosić ich tylko do kogoś innego. To nade wszyst­ko do nas mówi Bóg i od nas domaga się działania.