Jezus powiedział do swoich uczniów: «Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski».

 

Jezu! – nie nadążam...!

Nie nauczyłem się jeszcze kochać bliźniego. Z rzadka tylko udaje mi się odpowiedzieć miłością na miłość. I tak często obojętnie mijam braci, którzy czekają na moje pozdrowienie. Z tego wszystkiego najłatwiej przychodzi mi nienawidzić moich nieprzyjaciół... – czy nie wystarczy, Jezu, że spełniam połowę starożytnego przykazania („Słyszeliście, że powiedziano: będziesz miłował..., będziesz nienawidził)?

A Ty, niezrażony zupełnie, zawieszasz poprzeczkę na niebotycznej wysokości: miłujcie nieprzyjaciół, módlcie się za tych, którzy was prześladują i bądźcie świętymi. Tak jakby to było w moim zasięgu, tak jakbym potrafił, tak jakby to zależało tylko ode mnie...

Zwracam wzrok ku wschodzącemu słońcu..., czuję jak krople deszczu zmywają z mej twarzy rozmazany makijaż grzechu..., wpatruję się w Ciebie, Jezu – najdoskonalszą ikonę niewidzialnego Ojca. Wstaję i idę raz jeszcze: kochać..., modlić się... i być...