Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: „Co chcesz, abym ci uczynił?” Odpowiedział: „Panie, żebym przejrzał”. Jezus mu odrzekł: „Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu.

 

To, o czym czytamy w dzisiejszej Ewangelii spokojnie można nazwać modlitwą niewidomego spod Jerycha, woła on: "Jezusie Synu Dawida ulituj się nade mną". Jest bardzo zdeterminowany, aby Jezus go usłyszał. Do tego stopnia, że ignoruje tych, którzy próbują go uciszyć i woła jeszcze głośniej, Jego modlitwa zostaje wysłuchana. 

Kiedy myślę o tej historii, to zastanawiam się nad moją modlitwą, nad modlitwą Kościoła, nad modlitwą katolików w Polsce. Jesteśmy bardzo przywiązani do modlitwy liturgicznej, szczególnie do sprawowania Mszy św. W liturgii musi panować porządek i wyznaczony kanon, bo to chroni nas przed spłyceniem "modlitwy modlitw". Z miłości do Eucharystii jednak "rodzi się" coś dziwnego, niechęć, czasem nienawiść do innych form modlitwy, szczególnie myślę tu o modlitwie spontanicznej, modlitwie uwielbienia. Gdyby niewidomy spod Jerycha nie był "spontaniczny" w swej modlitwie i wytrwały, to nie zostałby uzdrowiony.