Jezus powiedział do swoich uczniów: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto miłuje swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec».

 

Trudno mi się odnaleźć w dzisiejszym słowie. Ewangelia, zwłaszcza w kontekście przeżywanej uroczystości św. Wojciecha, może wydawać się wygodnie odległa. Głoszenie nawrócenia pogańskim ludom, śmierć męczeńska w obronie wiary – to wszystko wzbudza podziw, ale z perspektywy naszej codzienności jest odległe, nierzeczywiste wręcz.

A przecież to ja mam być tą pszenicą, która wpadłszy w ziemię, obumiera i przynosi plon obfity! Jak to zrobić? Odpowiedź przynosi druga część: „A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa”. Ten fragment Ewangelii to pytanie o moje powołanie, o moje teraz. Czy idę za Jezusem? Czy jestem tam, gdzie On? Jezus rzuca nas na konkretne pole, w konkretną ziemię. Może być to ziemia misyjna, ziemia męczenników (jak u św. Wojciecha), ale może być to ziemia codzienności, szara, wręcz nudna. Obumierać w tej ziemi z Jezusem i dla Jezusa, a potem cieszyć się plonem i życiem, zachowanym na życie wieczne.