Kiedy wybuchła wojna, w Profeto nawet nie zastanawialiśmy się, czy jesteśmy gotowi albo czy potrafimy pomagać, czy mamy pomagać systemowo. Ta wojna zaskoczyła wszystkich – także nas. Od początku chcieliśmy być w miejscu, które w dobry sposób pomaga ludziom, którzy uciekają. Nie pasuje mi nazwa „uchodźca”, bo to są przede wszystkim mamy z dziećmi. Trudno o tych kobietach w taki dosłowny sposób mówić „uchodźca”.

Pierwszego dnia wojny przyjechało do nas małżeństwo z pięciorgiem dzieci. Stanęliśmy przed pytaniem, co z nimi zrobić. Postanowiliśmy umieścić ich w dobrym hotelu na dwa dni, a w tym czasie znaleźć im miejsce docelowe. To się udało. Nie chcę mówić, gdzie te rodziny znalazły schronienie i czym się aktualnie zajmują, bo to nie ma znaczenia. Najważniejsze jest to, że postanowiliśmy w pełni pomagać. Nie jest to łatwe, bo nikt z nas nie jest przygotowany do takiej pracy i nigdy też nie robiliśmy tego na taką skalę. Ale wątpliwości dotyczące pomagania szybko się rozwiały – po prostu postanowiliśmy pomagać.

Dość szybko zrobiliśmy spotkanie redakcyjne, na którym ustaliliśmy, kto i czym będzie się zajmował – podzieliliśmy obowiązki, żeby przynajmniej zacząć systemową pomoc. Od samego początku stwierdziliśmy, że jeżeli będziemy pomagać, to w taki sposób, który tych osób nie zawstydzi i nie będzie ich traktował w sposób niegodny. Szukamy domów na dłuższy pobyt, żeby nie zadawali pytań, jak długo mogą tu być, a ze strony tych, którzy pomagają, żeby nie padały pytania: kiedy opuścicie nasz dom.

Zanim w jakimś domu umieścimy rodzinę z Ukrainy, to staram się wcześniej porozmawiać z Polakami i uświadamiać im, że wzrosną im rachunki, że nie będzie łatwo, że powoduje to duży dyskomfort i czy są na to gotowi. Bo nie każdy musi przyjąć uchodźcę pod swój dach. Nie każdy ma warunki. Nie każdy jest na to gotowy. Każdy może pomagać na swój sposób. Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy są chętni do pomocy, to pytam, w jaki sposób są gotowi pomagać. Bo możemy zacząć od wspólnego wypicia herbaty, a skończyć na przyjęciu rodziny pod swój dach i pogodzenia się z tym, że nam też nie będzie łatwo. Bo pomaganie długofalowe nie jest łatwe.
W Profeto stworzyliśmy wewnętrzny plan pomocy. Zrobiliśmy tabelki. Wpisujemy tam rodziny, które się do nas zgłaszają i chcą pomóc. Stwierdziliśmy, że będziemy pomagać na czterech płaszczyznach.

1. Zbiórka pieniężna na doraźną pomoc – nr konta: 21 1600 1013 1849 4439 8000 0008 (jeśli to możliwe, prosimy o potwierdzenie na adres mailowy ukraina@profeto.pl).
Pełne dane do przelewu:
Fundacja Profeto.pl,
ul. Łowicka 46, 02-531 Warszawa,
Tytułem: Sercem z Ukrainą
2.
– Zbiórka środków czystości, higieny osobistej, leków przeciwbólowych, ubrań, śpiworów, koców i wszelkich artykułów, które mogą się przydać uciekającym przed wojną.
– Zbiórka żywności długoterminowej, ale gotowej do bezpośredniego spożycia i niewymagającej specjalnych warunków przechowywania, np. batony energetyczne, konserwy, żywność w słoikach.
Odbiór po wcześniejszym zgłoszeniu telefonicznym 792 329 865 lub mailowym ukraina@profeto.pl.
3. Zgłaszanie możliwych miejsc pobytu, pracy i transportu z granicy. Nr telefonu: 792 329 865 lub mail: ukraina@profeto.pl.
4. Zgłaszanie osób, które potrzebują pomocy. Nr telefonu: 575 615 049 lub mail: ukraina@profeto.pl.

Każda płaszczyzna jest bardzo ważna, ale po trzech tygodniach wojny na Ukrainie widzę, co tym osobom jest najbardziej potrzebne. Naprawdę codziennie mamy kontakt z tymi ludźmi i wiemy, że najbardziej potrzebne są im pokój, spokój, ciepło i obecność obok. Bo oni czują się bardzo zagubieni. Zadają pytania, jak długo będą mogli tu być. Notorycznie pytają, ile to będzie kosztować. To są ludzie, którym dwadzieścia dni temu skończył się normalny świat. To są rodziny, które żyły normalnie. Prowadzały dzieci do szkoły. Codziennie szykowali śniadanie. Kłócili się, wadzili się, mieli swoje problemy. Chodzili na tenis, na zajęcia pływackie z dziećmi, na fitness. Żyli normalnie. Gotowali obiady. Żyli codziennością. I ta codzienność w ciągu jednego dnia się skończyła. Tu nie przyjeżdżają ludzie zza siedmiu światów, którzy nie wiedzieli, jak żyć. To tak, jakby teraz, dzisiaj, wybuchła wojna w Polsce. To jest dokładnie tak, że pakujesz swoją walizkę, najpotrzebniejsze rzeczy – oni z reguły myślą przede wszystkim o dzieciach. Sami przyjeżdżają w jednych spodniach i w jednej parze butów. Z jedną walizką, z dzieciakami za rękę, pod rękę, na baranach, przyjeżdżają do Polski i muszą całkowicie komuś zaufać. Wyobraźcie sobie, że wsiadacie do samochodu, w którym ludzie mówią wam: zawieziemy w was w bezpieczne miejsce. Ci, którzy pomagają, w żaden sposób nie są sprawdzani. Osoby z Ukrainy nie są nigdzie notowane, gdzie i do kogo jadą. Oni muszą nam zaufać. I ufają. Wsiadają do profetowego samochodu, tulą dzieci i czekają, gdzie my ich zawieziemy. Jeśli ktoś mówi po polsku, to jest to ułatwione. Oni nie chcą mówić po rosyjsku. U nas zresztą nikt nie zna rosyjskiego. Bardzo mało osób mówi po angielsku. Komunikujemy się przez translator i piszemy: jedziecie w bezpieczne miejsce, nie bójcie się, nie będziecie musieli za nic płacić, postaramy się wam w pełni pomóc. I jest grobowa cisza. Tej ciszy doświadczyłam już kilkanaście razy. Wszyscy jadą w milczeniu. Nawet człowiek nie chce się odwracać i zagadywać. Jadą w milczeniu, często ocierając łzy. Nikt głośno nie szlocha. Nawet dzieci nie płaczą. Jest trudna cisza, którą ja określiłam jako „ciszę wojny”. Każdy dziękuje Bogu, że jest bezpiecznie, że nie lecą bomby. Ale też ogromnie się boi. W tej ciszy jest wyczuwalny ogromny strach.

Zwróciliśmy się do Was o pomoc i Wy na tę prośbę odpowiadacie. Chciałabym Wam bardzo podziękować za wszystkie rzeczy, które przekazujecie, i za pieniądze, które wpłacacie. One pomagają opłacić wynajęte mieszkanie albo sfinansować zakup hrywien, które wracają na Ukrainę, a które w Polsce nie mają żadnej wartości. To jest początek ich życia tutaj. Za każdą kredkę, flamaster, ołówek, za śpiwory i środki opatrunkowe, które Profeto wysyła zieloną karetką na front, za wszystkie zupy w puszkach, pulpety, makarony, ryże, za słodycze, za wszystko, co dociera do nas od Was – za Waszą konkretną pomoc bardzo Wam dziękujemy.

Każdej rodzinie szykujemy osobny pakiet – od środków higienicznych, poprzez płyny, szampony, także środki higieniczne dla dzieci – pampersy, kaszki, warzywa, owoce – wszystko, co jest potrzebne w codzienności. Ta „codzienność” wędruje do nich w kartonach. To jest poruszające. Nie otwieram przy nich tych kartonów. Nie chce stawiać ich w sytuacji zawstydzenia czy wdzięczności. Przywozimy ich na miejsce i zostawiamy kartony. Wiem, że kiedy oni je otworzą, to się ucieszą. To jest pomoc od Was! Bardzo Wam za nią dziękujemy! Dziękuję wszystkim pomagającym z Polski, ale także wszystkim parafiom z zagranicy, które włączyły się w nasze działanie – parafii z Bredy w Holandii. Każdemu z Was z osobna chciałabym uścisnąć rękę i podziękować, bo ta pomoc jest naprawdę bezcenna.

Chciałabym Wam jeszcze powiedzieć o swoim osobistym doświadczeniu. Patrzysz na kogoś, kto przyjeżdża z małym plecakiem i walizką, gdzie jest zamknięte całe jego życie. To nie jest podróż, to nie jest przygoda, to jest całe życie. Dzisiaj mała czteroletnia Zosia biegała, ciesząc się wszystkim, co dostała. Trzymała pod pachą swoją lalkę i co chwilę podbiegała do mamy i pytała, kiedy wrócą do domu. Ci ludzie nie przyjechali tutaj w celach turystycznych. Na miarę możliwości musimy stworzyć im normalny świat. Na tyle, na ile się da. To wszystko zależy od nas.

Bardzo Wam dziękuję za to, co zrobiliście do tej pory, ale proszę Was, żebyście się nastawili, że ta pomoc będzie potrzebna jeszcze długo. Nie wszyscy dostaną pracę. Nie wszystkie mamy będą mogły iść do pracy, bo mają małe dzieci, które są karmione piersią – tak małe, że nie można ich zostawić w żadnym żłobku, bo też ich nikt nie przyjmie. Pierwszy zryw jest wielki, tylko co potem? Bardzo Was proszę, żebyśmy wszyscy wytrwali i wytrzymali.

Będziemy zamieszczać zdjęcia i krótkie teksty, jak pomagamy i jak wyglądają nasze magazyny, co się dzieje w Profeto, które stało się jednym wielkim magazynem. Powiem Wam, że wszyscy są bardzo dzielni. Każdy stracił swoje miejsce do pracy, bo zostały one przeznaczone na magazyny. Ale nikt nie narzeka, bo czymże jest utrata swojego biurka wobec wojny, która toczy się tak blisko nas. Śledźcie, patrzcie i pomagajcie. Bardzo, bardzo Wam dziękuję już za wszystko, ale także proszę Was, pomagajcie dalej, bo ta pomoc jest bardzo, bardzo, bardzo potrzebna.

PS. Nie chcieliśmy pisać o tym, jak pomagamy, ale pytacie nas, co się dzieje, więc postanowiliśmy zamieszczać krótkie relacje.