Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, czas rzucania kamieni i czas ich zbierania, czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich, czas szukania i czas tracenia, czas zachowania i czas wyrzucania, czas rozdzierania i czas zszywania, czas milczenia i czas mówienia, czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju. Cóż przyjdzie pracującemu z trudu, jaki sobie zadaje? Przyjrzałem się pracy, jaką Bóg obarczył ludzi, by się nią trudzili. Uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, dał im nawet wyobrażenie o dziejach świata, tak jednak, że nie pojmie człowiek dzieł, jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca.

 

Bardzo lubię to czytanie (tak mógłbym powiedzieć o wielu fragmentach z Pisma Świętego), a to oznacza, że ciągle to Słowo Boże jest dla mnie aktualne i zachęca mnie do pewnego sposobu życia. W ostatnim czasie rzadko zdarzało się, żebym na coś czekał. Co to znaczy? Wszystko na mnie spadało. Jedna rzecz się kończyła, zaczynała się druga. Nie skończyłem jednego, a już przede mną była perspektywa kolejnej sprawy, kolejnego wydarzenia, kolejnego zajęcia.

Kiedy słyszę dzisiejsze słowo, to tak naprawdę tęsknię za tym, by na coś czekać. Czekać, ale tak na serio, że nie mogę już się tego doczekać.

Zatem usiądź, uklęknij... i zapytaj się, na co czekasz?