Maj i czerwiec są szczególnymi miesiącami, kiedy pamięta się o rodzinie – matce, dziecku i ojcu. To w tych miesiącach obchodzimy ich święta, tym samym podkreśla się wartość rodziny samej w sobie, ale też jest to dobry czas, aby pochylić się nad rodzinnymi problemami.

Kiedy założyliśmy rodzinę, byliśmy całkiem świadomi istniejących problemów i wiedzieliśmy, że nikt nam nie da gwarancji, że wszystko się uda, że nasze życie przeżyjemy tak, by w pełni czuć się spełnionymi rodzicami, małżonkami, a wreszcie mężczyzną i kobietą. Każdy z nas też inaczej definiuje szczęście, poczucie spełnienia. Jeden wymaga więcej w jednej dziedzinie życia, podczas gdy dla drugiego dana rzecz może być wypełniona w sposób tylko minimalny. Nie da się niczego z góry założyć czy zaplanować. Z pewnością w naszej wspólnej drodze dużą wagę stanowią wyznawane wartości i wiara. Co ważniejsze, należy uświadomić sobie, że miłość to tak naprawdę decyzja, nie uczucie, emocje, choć one w pewien sposób scalają i wciąż podtrzymują więzi.

Niedawno obchodziliśmy okrągłą rocznicę ślubu i to skłoniło mnie do wielu przemyśleń nad swoim małżeństwem. Czy czuję zadowolenie z życia, czy jest coś, co mogłabym zmienić? Podczas mszy rocznicowej ojciec odprawiający mszę świętą powiedział nam, że dobrze jest celebrować nawet te małe rocznice, ale tak naprawdę to mimo wszystko początek naszej drogi przez życie i to, jak teraz do niego podejdziemy, zaważy na całym naszym życiu małżeńskim. Nie ukrywajmy, kiedy dzieci są małe, kiedy kariera zawodowa jest wciąż dynamiczna, kiedy tak wiele zmieniamy w swoim życiu, kiedy nasze oczekiwania zderzają się z rzeczywistością, łatwo popaść w rutynę, zniechęcenie, rozczarowanie czy lęk przed nowym. 

Jesteśmy szczęśliwi, bo zawsze pragnęliśmy stworzyć rodzinę z dziećmi i całym dobrodziejstwem stanu. Jednak muszę przyznać, że to codzienność najbardziej zawładnęła naszym życiem. Żyjemy życiem naszych dzieci, niestety czasem zapominając o sobie samych. Ponadto wyzwaniem jest dla nas takie wychowanie, by dać im jak najwięcej przestrzeni, by towarzyszyć im w ich trudach i sukcesach. By być przewodnikami, a jednocześnie nie tłumić ich naturalnych emocji, uczuć i ciekawości. To zadanie tak nas pochłania, tak bardzo czujemy powagę danej nam szansy, że ktoś z boku faktycznie może pomyśleć, że dzieci wchodzą nam na głowę i nic poza nimi nie ma. 

Jest w tym źdźbło prawdy, ponieważ nauka podejścia bliskościowego do dziecka wymaga dużego samozaparcia, wyzbycia się postępowania i myślenia ukierunkowanego tylko na wychowanie wynikającego trochę z naszych przyzwyczajeń czy bagażu doświadczeń. Chcemy budować prawdziwe relacje, ale tak, by być przy tym kochającymi, czułymi rodzicami, a nie tylko teoretykami. Poza tym największą próbę przechodzi się w momencie pojawienia się konfliktów. One zawsze się będą pojawiać, nawet kiedy dajemy dzieciom możliwość uznania wszystkich odczuć. I nie da się ich również rozwiązać na poczekaniu. Czasem wymagają kilku czy nawet kilkunastu prób, błędów, oddechów i chwil, by ponownie nie dać ponieść się zniecierpliwieniu i złości. Ponadto z mężem różnie podchodzimy do kwestii rozwiązywania konfliktów. Zawsze byłam przekonana, że bardzo wiele nas łączy, jednak z biegiem lat okazało się, że owszem cel mamy taki sam, ale inaczej chcemy do niego dochodzić. I tak jest w kwestii naszego małżeństwa, jak również w kwestii dzieci. A przecież jeden tor, wydaje się, że gwarantuje sukces. A jednak ta różnorodność podejść, doświadczeń, sposobów przeżywania konfliktów, trudności bardzo wiele nam daje, jest i próbą, i szansą, by poznać inne podejście i czerpać z niego coś dla siebie. 

Kobieta zawsze była uznawana za tą, która odpowiada za tzw. ognisko domowe. Niemniej jednak atmosfera, jaka panuje w rodzinie, od naszego – żon i matek – zaangażowania, myślę, w dużej bądź w większej mierze zależy. Jednak bez męża i bez jego wkładu w rodzinę nie byłaby ona kompletna. Jakość naszego wspólnego życia zależy właśnie od tego, jak my, dorośli, radzimy sobie z emocjami, trudnymi uczuciami. Czy potrafimy szczerze o nich powiedzieć, czy raczej wstydzimy się bądź nie podejmujemy tematu? Trochę jak w żarcie o mężu wielokrotnie pytanym przez żonę, czy jeszcze ją kocha. „Raz przy ołtarzu powiedziałem, zdania nie zmieniłem…”. A jednak czy zawsze tak poważnie podchodzimy do swoich uczuć? Właśnie obok dzieci nie powinno się zapominać o pielęgnowaniu relacji swojej ze współmałżonkiem. Najgorzej byłoby, gdyby przestało się nam chcieć być ze sobą, chcieć walczyć o poprawę jakości życia małżeńskiego. Trzeba być również ze sobą uczciwym i mieć czas tylko dla siebie i spraw związanych z sobą samym. Dobrze, jak małżonkowie zauważają swoje potrzeby i dają również w tej materii sobie wsparcie. Dzieci widzą więcej, niż nam się zdaje. Podobno szybciej od nas wyczuwają nadchodzący konflikt. I znów na pierwszy plan wysuwa się nic innego, jak przykład. Jeśli widzą rodziców, którzy wzajemnie dbają o jakość swojego życia, swojego małżeństwa, to jest to dla nich najlepsza lekcja życia. 

Nasze relacje z rodzicami, rodzeństwem, a później z mężem/żoną, to te relacje, które kształtują młodego człowieka i mogą być albo budujące, albo wręcz przeciwnie – destrukcyjne. Wszystko, co robimy w danych relacjach, może bardzo mocno zakorzenić się w myślach, w sercu naszych dzieci. Dlaczego tak często, wybierając różne strategie wychowawcze, wracamy do lat naszego dzieciństwa i do sytuacji z pozoru mało znaczących czy wręcz infantylnych? Dlatego że te dziecięce wówczas doświadczenia wiele o nas samych mówią i mają głębokie przełożenie na nasze życie obecne. I czy chcemy, żeby tak było, czy nie chcemy, to one nas w pewien sposób ukształtowały. Pewne nabyte w dzieciństwie schematy zachowań przenosimy na własną rodzinę. Zauważyłam, że moje schematy, które niegdyś dawały oczekiwane rezultaty, w zderzeniu ze schematami mojego męża nie zawsze się sprawdzały. Nie chodzi o to, żeby na siłę siebie zmieniać czy na siłę zmieniać członków swojej rodziny. Trzeba zaakceptować to, jakimi jesteśmy ludźmi, jakim człowiekiem jest nasz współmałżonek czy dziecko. A także uznać, że nasze doświadczenia, nasze oczekiwania są bazą do tego, by próbować tworzyć coś nowego, coś może lepszego. 

Nasza rocznica dała nam ciekawe, nowe doświadczenie. Pierwszy raz przeżyliśmy ją w pełni i dość świadomie ze swoim czteroletnim synem. Obejrzeliśmy wielokrotnie w ciągu czterech dni naszą płytę ze ślubu. Najbardziej nie mogłam wyjść z podziwu, że z pozoru może nudne dla dziecka wydarzenie było przez niego z wypiekami na twarzy omawiane. Wszystko go interesowało. Od strojów, przez obrzędy w kościele, po wesele i zwyczaje weselne. Chciał wiedzieć, jak się poznaliśmy. Szczerze mówiąc, dość dawno nie rozmawialiśmy i nie wspominaliśmy naszych początków. Zgodnie uznaliśmy, że to sakrament małżeński zawsze będzie fundamentem naszej rodziny. I to właśnie tę relację – miłość – należy szczególnie pielęgnować. Wszystko, co spowodowało, że czasem może o tym zapominamy, jest wpisane w miłość i jest konsekwencją naszej decyzji. Pomimo że czasami miło się wspomina nasze początki, taką swobodę i spontaniczność, która ustąpiła dziś miejsca organizacji, to z pewnością nigdy byśmy nie zrezygnowali z tego, co mamy. Warto jednak nie zatrzymywać się na tym, co jest, i starać się stale rozwijać się i odkrywać nowe rozdziały małżeństwa, rodziny. Tego wszystkim małżonkom, rodzicom życzę.