Liczba nowo zawieranych małżeństw spada, rośnie za to liczba rozwodów – to wniosek płynący z najnowszych danych dotyczących sytuacji demograficznej w Polsce opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny. Czy można jakoś ten trend zatrzymać albo odwrócić?

Tłumów na kursach przedmałżeńskich już dawno nie ma, ale kilka czy kilkanaście par za każdym razem się zgłasza. Patrzę na tych młodych ludzi i czasem, przyznam się, myślę sobie, ilu z nich uda się dotrzymać słowa danego małżonkowi podczas składania przysięgi małżeńskiej. Biorąc pod uwagę tylko statystykę, co czwarte zawarte małżeństwo się rozpadnie. Tylko w zeszłym roku przez sąd zostało rozwiązanych prawie 61 tysięcy małżeństw. I liczba ta z roku na rok się zwiększa. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że rozwiedzeni małżonkowie przeżywają ze sobą średnio około czternastu lat. W 2021 roku statystyczny rozwodzący się mężczyzna miał ponad 42 lata, a kobieta ponad 40. Czy rozwód to tylko efekt kryzysu wieku średniego? Nie jestem psychologiem, nie będę więc spekulować. Niemniej jednak warto mieć te dane na uwadze i robić wszystko, by przygotować młodych ludzi na to, że małżeństwo to nieustająca praca i wysiłek, który warto podjąć.

Czasem młodzi ludzie mają takie przeświadczenie, że skoro się kochają, skoro teraz są pełni emocji, to jakoś się ułoży, przecież miłość zwycięża wszystko. To prawda, siła miłości jest ogromna, dzięki niej wielu małżonkom udało się pokonać bardzo poważne kryzysy, wielu udało się na nowo odbudować małżeństwo i w konsekwencji stało się ono znacznie silniejsze, niż było wcześniej. Tylko że sama miłość to za mało. Emocje opadną, motyle odlecą, zostanie tylko szara codzienność, która potrafi tak zmęczyć, że już nic się człowiekowi nie chce. A w małżeństwie istotne jest to, żeby się chciało budować relację, pielęgnować ją, dbać o przyjaźń i mieć świadomość, że trudniejsze momenty i kryzysy będą się pojawiać. Warto się zastanowić, czy właściwym rozwiązaniem jest ucieczka w kolejny związek, czy jednak nie warto zainwestować w relację. W Amoris laetitia, adhortacji o miłości i rodzinie, papież Franciszek przekonuje, że małżeństwo to wyzwanie, które wymaga walki, odradzania się i zaczynania stale na nowo, aż do śmierci. Jest to trudna i żmudna praca, ale naprawdę przynosząca owoce. Zawsze z podziwem patrzę na starsze małżeństwa, spotykam je w kościele czy parku, które idą, trzymając się za ręce. Ile w tym miłości i czułości… A także przyjaźni, bo ostatecznie małżeństwo ma nas prowadzić do zbudowania przyjaźni. Jak podkreśla Ojciec Święty, małżeństwo zawiera cechy właściwe namiętności, ale zawsze jest nakierowane na jedność coraz mocniejszą i intensywniejszą. I to także wymaga wysiłku, o którym mówimy narzeczonym.

A kiedy kończymy nasze spotkania, życzę im zawsze, żeby każdego dnia, budząc się obok swojego małżonka, potrafili się z tego cieszyć i dziękować Panu Bogu za to, że podjęli taką, a nie inną decyzję. I jeszcze opowiadam pewną historię, którą przeczytałam u Wandy Półtawskiej, kiedy to na ślubie, na który została zaproszona, przysłuchiwała się życzeniom, jakie goście składali młodej parze. Wiele osób życzyło im wtedy, by zawsze byli tacy szczęśliwi, jak są w dniu ślubu, i zawsze się tak bardzo kochali, jak kochają się teraz. Z pozoru to może i piękne życzenia, ale jak się nad nimi zastanowić, to wcale takimi nie są. Miłość małżeńska to nie jest pewien constans, to rzeczywistość dynamiczna, która powinna się rozwijać i dojrzewać. Jeśli faktycznie zatrzymamy się na tym pierwszym etapie, to kiedy tylko emocje ślubne opadną albo kiedy pojawi się pierwszy kryzys, będzie pokusa ucieczki, albo, nie daj Boże, zastanawianie się, co ja najlepszego zrobiłam czy zrobiłem, przecież to największa pomyłka w moim życiu. Dlatego tak istotne jest dobre i świadome przygotowanie do małżeństwa, a potem – odkąd tylko młodzi odchodzą od ołtarza, kiedy wybrzmią ostatnie melodie na weselu – praca, praca i jeszcze raz praca, żeby ta relacja dojrzewała i z każdym dniem stawała się coraz mocniejsza i odporna na burze, które będą w życiu się pojawiać.