Kiedy rodzi się dziecko, wraz z nim rodzi się też matka – to ostatnio przeczytane zdanie bardzo mocno we mnie od kilku dni pracuje. Mimo że mamą jestem już niemal dwadzieścia lat, nigdy wcześniej tak mocno sobie tego nie uświadamiałam.

Kiedy w rodzinie rodzi się dziecko, tak naprawdę wszyscy skupieni są na nim. I rodzice, i dziadkowie, i znajomi, i odwiedzający goście. Wszyscy chcą je zobaczyć, ponosić, pokomentować, do kogo jest podobne, czasem zostawić parę mniej lub bardziej chcianych dobrych rad. Wszyscy pytają o dziecko, o to, czy dobrze śpi, czy nie ma kolek, jak się rozwija. Jest to na pewno miłe, choć – szczególnie zaraz po porodzie – może być męczące. Dla mnie to był zawsze trudny czas huśtawki hormonalnej, nieopanowania własnego ciała (na przykład krępujące nawały mleczne), problemów, z jakimi jako świeżo upieczona mama nie potrafiłam sobie poradzić (że wspomnę tylko ogromne problemy z karmieniem czy stres towarzyszący szczególnie przy pierwszym dziecku, związany z obawą o to, czy nie zrobię mu krzywdy, czy właściwie odczytam jego sygnały, czy czegoś nie przeoczę, nie zaniedbam). W tym czasie potrzebowałam spokoju, a nie oceny, że za często przystawiam dziecko do piersi lub za dużo noszę (tak, nosiłam i tuliłam na rękach tak długo, jak długo dziecko tego potrzebowało, nie przemawiają bowiem do mnie teorie mówiące o tym, żeby dziecko odkładać do wypłakania. Dla mnie są po prostu okrutne). W tym całym zamieszaniu związanym z nową sytuacją gdzieś gubią się potrzeby mamy, a bywa – niestety – że staje się ona wręcz niewidzialna, jakby jej rola ograniczała się tylko do wydania dziecka na świat.

Kiedy czytając jakiś tekst, przeczytałam zdanie, że kiedy rodzi się dziecko, wraz z nim rodzi się matka, zdałam sobie sprawę, że nigdy tak o sobie i swoim doświadczeniu macierzyństwa nie myślałam. Ot, pewnego dnia po prostu przestałam być żoną, a stałam się żoną i matką. Tylko że nie zadziało się to na zasadzie czarodziejskiej różdżki. Czegoś nie było i nagle jest. Kiedy patrzę wstecz na początki mojego macierzyństwa, widzę, że to był długi proces rodzenia się we mnie matki i dojrzałego podchodzenia do tej kwestii.

Rodzenie się matki to dla mnie proces porównywalny z porodem fizjologicznym dziecka. Ono też musi pokonać pewną drogę, musi zmierzyć się z nieznanym, czasem po drodze napotka przeszkody. I podobnie z macierzyństwem. To także jest proces, który dla mnie rozpoczął się wraz z pierwszym pozytywnym testem ciążowym. To był ten moment, kiedy nagle – na początku w głowie – trzeba było poustawiać swoje życie na nowo, zrobić przemeblowanie. A potem poród, pierwsze spojrzenie, pierwszy zachwyt przeplatany z lękiem i niepewnością. Czy sobie poradzę? Czy nie zawiodę? I ta świadomość, że jest na ziemi ktoś, kogo będę kochać zawsze i bezgranicznie i za kogo będę odpowiedzialna. A z czasem coraz bardziej natrętna myśl, że te dzieci są mi dane tak naprawdę tylko na chwilę, że niebawem wyfruną z gniazda, pójdą w swoją stronę. A ja zostanę ze swoim macierzyństwem już innym, dojrzałym, pewnie dalej pełnym lęków i trosk, ale już innych niż na samym początku tej drogi.

Rodzenie się matki to także zgoda na to, co nieznane. Zgoda na to, że trzeba będzie zweryfikować swoje życie, w którym pojawiła się mała istotka. Zgoda na to, że nie zawsze będzie po mojemu, że nie zawsze uda się zrealizować plan. Ale to także zgoda na to, że macierzyństwo to nie wyścig ani zawody na najlepszą matkę. To nie sielskie, stylizowane obrazki z Instagrama, na których wszystko jest dopieszczone i ma swoje miejsce. To także zgoda na to, że wcale nie musi być idealnie, że przyjdą takie dni, kiedy nie będzie na nic siły, ale po nich przyjdą te lepsze. Bo całe nasze życie to przeplatany czas pocieszenia i strapienia. Nie ma jednego bez drugiego. I podobnie w macierzyństwie. Narodziny matki to przede wszystkim akceptacja takiej rzeczywistości.