Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta - Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim.

 

Dzisiejsza ewangelia mówi o ważnym wydarzeniu w życiu każdej rodziny żydowskiej, w której jako pierwsze narodziło się dziecię płci męskiej. Należało je ofiarować Bogu. Maryja z Józefem – jako ludzie bogobojni, zachowując Prawo, przynieśli Jezusa do świątyni Jerozolimskiej. Nic nadzwyczajnego. A jednak w tym wydarzeniu towarzyszy im przedziwna postać, o której słyszymy tylko w tym fragmencie ewangelii – prorokini Anna, tak nazywa ją ewangelista Łukasz.

Anna zostaje nam szczegółowo przedstawiona: „córka Fanuela z pokolenia Asera, (…) Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą”. Wielu egzegetów rozprawiało, kimże była ta tajemnicza postać, dlaczego właśnie w tej chwili owa prorokini zjawiła się w świątyni, chociaż ewangelista nie przytacza ani jednego jej słowa?

Przyglądając się tej osiemdziesięcioczteroletniej staruszce, należy dostrzec jej uległość Bożemu natchnieniu, jej zasłuchaniu w sanktuarium serca, w którym Bóg przemawia i prowadzi przez swoje natchnienia. Anna nie jest prorokinią jak wielcy prorocy przepowiadający przyjście Mesjasza, czy też różne trudne czasy Izraela. Anna staje się prorokinią, sławiącą Boga i mówiącą o Nim wszystkim, którzy do świątyni przychodzili. Dzieje się tak, bo Anna spotkała dosłownie i fizycznie swojego Boga w postaci maleńkiego Dziecięcia, przyniesionego przez Maryję i Józefa. Prorok to nie ten, kto przepowiada przyszłość, to ten, kto nauczy Bożej prawdy i Anna właśnie to czyni.

Anna nie staje się jednak „prorokinią” z dnia na dzień. To długi proces jej niełatwego życia. Szkoła stawania się Bożą głosicielką Dobrej Nowiny dla Anny wiedzie przez siedem lat małżeństwa i ponad siedemdziesiąt lat wdowieństwa, ta droga prowadzi przez posty i długie godziny modlitw. Anna swoim sercem nie opuszczała ani na chwilę na ów czas Miejsca Najświętszego.

I dzisiaj nie brakuje takich „prorokiń” w naszych świątyniach. Nie brakuje ich na ulicach miast, ani w wioskach. Świat dzisiaj coraz bardziej także potrzebuje ich postów i nieustannych „zdrowasiek” wkoło powtarzanych. Dzisiejsze „Anny” tak bardzo rażą oczy współczesnego świata, który je tylko wyśmiewa, nazywając „moherowymi beretami”. A gdyby tak głębiej wejrzeć w sprawy ducha, to może się okazać, że to właśnie modlitwy i wyrzeczenia dzisiejszych „prorokiń” w łączności z Maryją, niosącą światu Jezusa powstrzymują karzącą rękę Ojca, która jeszcze na ten świat nie opada.

Tak łatwo dzisiaj oceniać drugiego po jednym spojrzeniu, często przelotnym i niezwykle płytkim. Najpierw trzeba mi spojrzeć na siebie i zapytać: ile mi jeszcze nie dostaje do tej ewangelicznej, tajemniczej postaci, którą jest prorokini Anna?