Przynosili Jezusowi dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: "Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego". I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je.

 

Czasami jesteśmy wewnętrznie przekonani, że dla pewnych osób nie warto poświęcać czasu, nie ma o czym z nimi rozmawiać, nic nam z tego nie przyjdzie, a i dla nich to niepotrzebne… Jest jeszcze pewnie kilka innych powodów, dla których nie nawiązujemy kontaktu z innymi.

Zastanawiam się, dlaczego apostołowie nie dopuszczali dzieci do Pana Jezusa? Mieli jakieś swoje czy kulturowe powody? Pan Jezus, nie wchodząc w te motywy, pokazuje, jak wiele się mogą od tych dzieci nauczyć. Innym razem przekonuje do ludzi, którzy są ubodzy w duchu, smutni, cisi, prześladowani dla sprawiedliwości (Osiem błogosławieństw por. Mt 5, 3-12).

A ja, kogo unikam, komu nie potrafię poświęcić czasu, do kogo nie jestem przekonany? Czy na pewno wspólnie spędzona chwila z tym człowiekiem nie będzie dla mnie ubogaceniem?! A może przeze mnie Pan Jezus „weźmie go w objęcia, położy na nim ręce i pobłogosławi mu”! Jaki dzisiaj będę/byłem względem napotkanych ludzi? Może choć jedno Ojcze nasz w ich intencji odmówię.